Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój / Organizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój / Organizacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Bądź wystarczająco dobry - czyli co zyskałam dzięki projektowi "Ogarnij się na wiosnę!"?

Sesjo.
Dziękuję, że jesteś i znów zaskoczyłaś mnie jak zima kierowców.
Obiecuję, że za rok dotrzymam ubiegłoroczne postanowienie i nie zostawię wkuwania pierdyliarda paragrafów na dzień przed egzaminem.
Z poważaniem,
nalej mi kawy.

Przede mną burzliwy okres - maraton nauki do egzaminów. W tym roku postanowiłam nie zmieniać zwycięskiej taktyki i ponownie zostawić wszystko na ostatnią chwilę wraz z zapasem energetyków, który nie pozwoliłby nawet niedźwiedziowi zapaść w zimowy sen. Z tej okazji przepraszam, że ostatnio rzadko zaglądam na Wasze blogi i rzadko nadążam ze swoim. Dziś publikuję ostatni tekst przed dłuższą przerwą, lekki misz-masz przemyśleń z ubiegłych dni, a potem wracam do podręczników.

A trzeba było zostać inżynierem…



Spokój, cisza i zieleń za oknem. Poranek skąpany w wesołych promieniach słońca. Świeżo wyciskany sok pomarańczowy w fikuśnych szklankach i zapach naleśników smażonych przez narzeczonego. Smak kawy. Życie daje mi ostatnio wiele powodów do radości, choć tak naprawdę wcale się nie zmieniło. Zmieniło się moje podejście. Od niedawna każdy dzień zaczynam uśmiechem i słowem kocham. Czasem do lustra - bo zamiast zmieniać siebie na siłę, staram się zaakceptować to, jaką osobą jestem, a dopiero potem, metodą małych kroków, pracować nad wadami. Jestem szczęśliwa.

Właśnie to zyskałam dzięki mojemu małemu projektowi Ogarnij się na wiosnę!

Czy zrealizowałam plan w 100%? Nie.
Czy mi to przeszkadza? Nie. 
Jestem szczęśliwa z tym, co mam i nie zamierzam sobie walnąć patelnią w głowę tylko dlatego, że znów przypaliłam jajecznicę i jestem fatalną kucharką.

Nie muszę być idealna. Jestem wystarczająco dobrą osobą. Wystarczająco dobrą matką, żoną i studentką. Nie muszę być perfekcyjna. Jedyne, co powinnam, to być zawsze sobą. 

Nie muszę być chuda, zgrabna ani modnie ubrana. Wystarczy, że co dzień zjem pożywne śniadanie z orzechami, bo wiem, że one dają mojemu umysłowi porządnego kopa do działania. Wystarczy, że do obiadu szybko ugotuję marchewkę, a na kolację zjem pyszną sałatkę i utrzymam organizm w zdrowej kondycji. Wystarczy, że trochę pogram w piłkę z synem albo potaplam się w basenie i tym samym zaliczę niezłą porcję ruchu. Nie muszę katować się na siłowni ani mordować się truchtem wokół opustoszałych boisk. Wystarczy mi kilka ubrań, które potrafię łączyć w schludne zestawy, które tuszują mankamenty mojej figury, a zarazem podkreślają jej atuty.

Nie muszę być lepsza od innych. To naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, czy jestem dziś szczęśliwa, bo ten dzień nigdy się już nie powtórzy. 

Nie muszę robić profesjonalnych zdjęć kubkowi po herbacie lustrzanką za pieniądze, których nie mam. Wystarczy mi aparat w telefonie do uchwycenia codziennych uśmiechów i zwykły album kupiony na Allegro, żeby powklejać wspólne fotografie. To nie mój talent.

Nie muszę żyć tak, jak dziewczyny z Instagrama ani wychować dzieci tak, jak każą blogerzy parentingowi. Odstępstwa od określonego wzorca tylko rodzą frustracje, a chore dążenia do wymyślonego ideału mogą prowadzić do depresji. Po co chcesz być taka, jak inni? Bo wydaje Ci się, że jeśli schudniesz 2 kg i zrobisz brzuch jak trenerka fitness, która co dzień uśmiecha się do Ciebie w klubie, to będziesz szczęśliwa? Bo wydaje Ci się, że będziesz szczęśliwa, jeśli wydasz całą wypłatę na torebkę od Chanel albo cały asortyment z Ikei? 

Nie. Będziesz szczęśliwy, jeśli postanowisz być szczęśliwy już teraz. Jeśli zaczniesz dzień uśmiechem i znajdziesz coś, co sprawia, że się uśmiechasz. Jeśli przestaniesz oglądać się na innych, spojrzysz w lustro i powiesz sobie, że kochasz. I dla dobra tej osoby w lustrze zrobisz coś, co lubi, zamiast tego, co jest modne. I bądź sobą. Dla dobra swoich marzeń.

Tego Wam życzę. Trzymajcie się ciepło! :)


PS. Kolaż w tekście wykonałam ze zdjęć mojego autorstwa, które skutecznie przekonały mnie do tego, że nie potrafię ich robić. Ale nadal bardzo lubię! :)

czwartek, 16 kwietnia 2015

15 zasad mojego nowego życia

Mogłabym powiedzieć teraz milion rzeczy, które powtarzałam już po wielokroć, ale nie widzę w tym sensu, bo nie potrafię słuchać nawet sama siebie. Obiecałam sobie pisać każdego wieczoru, z kubkiem ciepłej kawy w ręku - ze świeżo zmielonych ziaren i na mleku sojowym. Jakość nad ilość. Tylko kilka słów, które płyną pod palcami. A potem zadaję to pytanie, które wszystko zmienia, wszystko obraca w nicość i odbiera barwę, przywraca szarość nijakim dniom - po co mi to? Bezwiednie marnuję czas, który ucieka bezpowrotnie, przewracam kartki kalendarza i żegnam daty, które nigdy już nie wrócą i wolę nie robić nic, niż robić coś, w czym nie widzę sensu.

Szerzej pisałam o tym w tekście Kilka prywatnych słów ode mnie dla Was.

Za oknem wiosna, trwa mój mały kwietniowy projekt. Jest dobrze. Pierwszy raz od dawna czuję się szczęśliwa, nawet kiedy wita mnie ulewa i poszarzałe niebo. Czuję w sobie siłę i myślę, że dam radę. Piszę trochę mniej, bo próbuję zwolnić, ale chyba nie chcę przestać. Daję sobie chwilę odpoczynku, gdy tego potrzebuję. I zastanawiam się, jak to jest, że kiedyś byłam tak energetyczną osobą, pełną wewnętrznego spokoju, uśmiechu i zarażającego optymizmu, a teraz wszystko to przychodzi mi z tak niezwykłym trudem, jakbym co dzień wtaczała pod górę głaz, który jak na złość tylko się z niej zsuwa. Nawet kiedy próbuję mówić o czymś pięknym, wplatam w te słowa smutek.



Zapomniałam kochać życie. Zapomniałam doceniać każdą sekundę. Zapomniałam gonić chwile. Zapomniałam cieszyć się swoim szczęściem. Zapomniałam czerpać garściami z marzeń. Zapomniałam biec, podnosić się, wspierać bliskich. Zapomniałam być sobą. Zapomniałam być osobą, jaką byłam. Zapomniałam być jeszcze lepsza. Zapomniałam być najlepszą wersją siebie. A przede wszystkim - zapomniałam, że najważniejsza jest praca, jaką wkładasz we wszystko, co robisz. 

Zapomniałam, że jesteśmy tu na chwilę. I że kiedyś wydawałam trzy dychy na bilet do Gdańska co tydzień. Bo nic innego się nie liczy.

Próbuję dziś zacząć wszystko od nowa, ale wiesz, że jest ciężej. Tylko że jestem już innym człowiekiem niż dawniej, inaczej patrzę na świat, a kilkuletnie doświadczenie upragnionych wzlotów i bolesnych upadków dało mi szerszą perspektywę. Widzę więcej, wiem więcej. Zadaję więcej pytań i częściej wątpię. Nie boję się odpowiadać inaczej niż inni. Świadomie wybrałam własną ścieżkę i nigdy już z niej nie zboczę. Podążam w swoim kierunku. Moja osobowość ewoluuje z każdą myślą. I wydaje mi się, że jestem już o krok od sprzedania całego dobytku i wyruszenia do Australii. W niczym innym nie widzę sensu.


*

Historię mojego upadku opiszę Wam kiedy indziej. Dziś znów chcę wstać i pójść dalej. Z tej okazji publikuję 15 zasad, które spisałam pewnego bardzo smutnego i bardzo samotnego wieczoru, a którymi obiecałam się kierować w życiu. Kiedyś były dla mnie abstrakcją - dziś są codziennością. Życzę Wam tego samego - abyście zawsze, bez względu na wszystko, spełniali marzenia, swoje własne. Miłego dnia, Kochani! :)


15 zasad mojego nowego życia
  1. Nigdy nie przestawaj realizować marzeń, nawet jeśli wymagają więcej wysiłku, niż obecnie masz siły.
  2. Bądź zawsze sobą i nie zmieniaj swoich poglądów, planów ani marzeń pod wpływem otoczenia.
  3. Myśl pozytywnie i działaj na 100% możliwości, bo wszystko zależy od Ciebie.
  4. Bądź wierna wyznawanym wartościom i ideałom, pomimo zła na świecie.
  5. Kochaj.
  6. Nie marnuj nerwów na niewartościowych ludzi; odetnij się od toksycznych relacji.
  7. Pokaż światu, że myli się, spisując Cię na straty. Rób to, co lubisz i rób to tak dobrze, jak umiesz.
  8. Walcz o miłość, nawet jeśli ryzyko przegranej jest większe niż szansa na wygraną.
  9. Bądź dobrą osobą i nigdy nie łam zasad, które inni uważają za bezsensowne; żyj w zgodzie ze sobą, nie podążaj ślepo za tłumem. 
  10. Szukaj szczęścia.
  11. Nigdy nie bój się upadać, ale zawsze miej w sobie dość siły, by się podnieść.
  12. Zapomnij o dawnych porażkach.
  13. Pamiętaj o tym, co prowadziło do dawnych zwycięstw.
  14. Żyj chwilą obecną, tu i teraz, w spokoju i w zgodzie z naturalnym tempem.
  15. Uwierz w swoją wartość i co dzień udowadniaj sobie, że zasługujesz na najlepsze.

Moje ulubione to numer 1, 8 i 11. A Wy, znaleźliście coś dla siebie? :)


PS. A ten tekst potraktujcie jak swego rodzaju podsumowanie. Zamknięcie nieudanych rozdziałów i przygotowanie pióra, by zacząć pisać życie od nowa.

wtorek, 31 marca 2015

Ogarnij się na wiosnę! - mój pierwszy, mały projekt

Dzień dobry. Kocham wiosnę. 



Rozpoczynając pracę nad blogiem, nie do końca wiedziałam, w którą stronę będzie ewoluował. Dziś, po kilku miesiącach blogowania, mam już pewną koncepcję, jakie treści chciałabym na nim publikować. Tak jak pisałam w tym poście, uwielbiam bawić się słowem i wyrażać w nim emocje, które krzyczą we mnie. Czuję jednak lekki niedosyt, skupiając się tylko na szortach w formie dziennika. Fajnie jest mieć swoje miejsce w sieci, stylizować je na prywatny zakątek i zapraszać gości, by podglądali twoje życie, inspirowali się bądź udzielali porad. Mój blog to ja. Dlatego też postanowiłam, że stanie się on również platformą pomocną mi w samorozwoju, uporządkowaniu przestrzeni wokół mnie i narzędziem organizacji czasu. Nie jestem typową blogerką lajfstajlową - moja twórczość chyba na zawsze pozostanie nieskategoryzowana. W najbliższym czasie planuję także zmianę wizualną szaty graficznej - w końcu w ładnie urządzonym mieszkaniu przyjemniej spędzać czas i nie wstyd gościć znajomych. :)


Wraz z nadejściem kwietnia postanowiłam skupić się na porządkach w moim życiu. Wybrałam kilka sfer, nad którymi chciałabym popracować i stopniowo wprowadzę w nich zmiany, które wpłyną na jakość mojej codzienności. Zaniedbałam trochę siebie, mieszkanie i relacje z najbliższymi na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy i lat, a wiosna to dobry moment, by poustawiać wszystko na właściwe tory. W końcu o tej porze roku wszystko budzi się do życia - obudźmy się i my! Nowy początek, świeży start. Na stoliku do kawy wdzięczą się żółte tulipany w rustykalnym dzbanku, o poranku witają mnie promienie słońca. I uśmiech! :)


1. Badania lekarskie

W ubiegłym miesiącu odwiedziłam lekarza rodzinnego i ze skierowaniem pobiegłam na podstawowe badania. Podobny przegląd zdrowotny staram się przeprowadzać raz w roku - w wieku do 35 lat zalecane są regularne kontrole przynajmniej raz na dwa lata. Na szczęście wyniki morfologii wyszły w normie, a lekarze specjaliści tylko rozwiali moje obawy. Wykonałam także analizę pierwiastkową włosa - to dość kosztowne badanie, które pozwala na wyznaczenie pierwiastków toksycznych w organizmie. Niestety, moje tendencje zdrowotne zmierzają ku osteoporozie, dlatego też wskazana jest zmiana trybu życia na bardziej aktywny i zdrowszy. :)

2. Zdrowe odżywianie

To oczywiście wyświechtany frazes, ale w tym przypadku pasuje idealnie. Zaraz po świętach wprowadzam do swojego jadłospisu zalecenia lekarskie i rozpoczynam miesięczną dietę. Niestety, żeby uporać się z wysokim poziomem cukru, muszę nie tylko zrezygnować ze słodyczy, ale też z owoców i miodu. Na talerzach królować będą warzywa w każdej postaci - od soków, po zupy i duszone specjały. Największe wyzwanie przede mną to zero kawy, od której niefortunnie jestem uzależniona. ;) W zamian otrzymam więcej snu, a więc podwójna korzyść! Aby wspomóc oczyszczanie organizmu, zamierzam pić napar z pokrzywy, bowiem wykazuje on działanie silnie antyoksydacyjne oraz zielone herbaty. Otrzymałam też plan suplementacji witaminami, a ponadto w codziennej pielęgnacji korzystać będę tylko z kosmetyków naturalnych.

3. Fitness - pierwsze kroki

Wstyd się przyznać, ale po mojej nastoletniej kondycji nie ma już śladu. Ciąża i brak aktywności fizycznej skutecznie rozleniwia i na treningi z dawnym obciążeniem nie mam już szans. Muszę przekonać się do metody małych kroczków. Próbowałam kilku ćwiczeń z Cassey Ho i... przepadłam! Wydrukowałam sobie plan dla początkujących ze strony Blogilates, udekorowałam kilkoma motywacyjnymi zdjęciami pięknych pań w skąpym bikini i nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę ćwiczyć! Zwłaszcza, że zaczęłam od zakupów i zaopatrzyłam się w wygodny sportowy stanik, różową matę i urocze hantelki. ;) Dodatkowo, codziennie rano uczę się jogi - to tylko kwadrans dla mnie, w którym mogę się wyciszyć, zrelaksować i powitać dzień z pozytywną energią.

4. Wiosenne porządki w mieszkaniu

W końcu udało mi się wcielić minimalistyczne trendy w praktyce. Pozbyłam się sentymentów, a co za tym idzie, wielu niepotrzebnych przedmiotów z domu. Nie mam skrupułów, by wyrzucić pęknięty kubek z ładnym nadrukiem, sprzedać książki, których nigdy już nie przeczytam, ani spakować do worka połowy szafy. Prawdę mówiąc, wyrzucanie sprawia mi frajdę! :) Czuję się lżejsza i spokojna wewnątrz, kiedy rozprawiam się z nieużywanymi gratami. Wykorzystałam też planer wiosennych porządków od Dobrze Zorganizowanej i powoli przywracam mieszkanie do stanu używalności. Zostało mi już kilka największych żab do zjedzenia, które odłożyłam na pierwszy tydzień kwietnia (do świąt zdążę!) i moja przestrzeń będzie lśniła czystością.

5. Wyzwania fotograficzne

Zawsze podziwiłam znajomych, którzy odnaleźli pasję w fotografii i z zazdrością zachwycałam się ich zdjęciami. Ujmowało mnie, jak wykorzystują światło, bawią się kolorami i potrafią wydobyć artyzm ze zwykłej solniczki na stole. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zgłębić techniczne tajniki posługiwania się aparatem, a jednym ze źródeł wiedzy, do których sięgnę, będzie z pewnością blog Jest Rudo - kopalnia ciekawostek i porad zarówno dla amatorów, jak i profesjonalistów. Natalia organizuje wiosenne wyzwanie fotograficzne, które może być dobrym początkiem mojej spontanicznej przygody z fotografią. Spróbuję wycisnąć jak najwięcej się da z mojego ajfona (w końcu nie tylko sprzęt decyduje o dobrym ujęciu!) i skuszę się też na wyzwanie 100 happy days, o którym z pewnością już słyszeliście.

Co poza tym?

Spełniło się moje życiowe marzenie - do Polski dotarł H&M online! Serio, ta sieciówka to moje wybawienie - nie muszę latać jak kot z pęcherzem po trzech piętrach galerii handlowej, skoro wystarczy, że wejdę do jednego sklepu i znajdę w nim wszystko, czego potrzebuję za stosunkowo niewielką kwotę. A teraz nawet nie muszę wychodzić z domu! Szykują się małe zakupy z tej okazji, ale tylko małe, bo jestem na shoppingowym odwyku. ;) Odpuścić muszę też trochę z romansidłami, które masowo wypożyczam z biblioteki, a zamiast tego popracować nad rozwojem syna. W nagrodę mam nadzieję otrzymać pierwszą w całości przespaną noc od... 1,5 roku? Zaczynamy także wspólnie czytać kolejną książkę po angielsku - takie literackie wash&go; może dorzucę też jakiś kodeks, na dobranoc, żeby szybciej usnął. 


Uff, brzmi ambitnie. Satysfakcja z realizacji wyznaczonych zadań skutecznie motywuje mnie do działania. I wiosna! Czas na spacer. I ostatnią kawę.

wtorek, 17 lutego 2015

Dlaczego założyłam bloga, skoro nie umiem pisać?

Bo chcę się nauczyć. Po prostu.

Ale zanim wytłumaczę, o co chodzi, powiem Wam, że nie piłam dziś kawy. Strasznie kiepsko piszę bez kawy, ale robię to dlatego, by kiedyś pisać lepiej. A najpierw czytać. Lepsze książki.

Czytaliście osławioną już Jesteś cudem R. Brett? Ja też. To była jedna z gorszych decyzji w moim życiu. Nie trawię taniego moralizatorstwa opakowanego w cukierkową wstążkę, ale ten tytuł przewijał się w niemal każdym zestawieniu wydawniczych hitów, na które natknęłam się w sieci. Nie mogłam nie wiedzieć, o czym trąbią tu i ówdzie. Myślałam, że kiedy już przebrnę przez tę katorgę, przestanę widzieć nazwisko autorki w swojej lodówce.

Ale dostałam ją pod choinkę. Shit happens

Elfy zawiodły, a Mikołaj pomylił listy – to tylko znaczy, że każdemu nadmiar obowiązków szkodzi i zaburza efektywność. ;) Niemniej – paragon zachowany, doszło do procesu wymiany z dopłatą. Zamieniłam papierowy kubek od Starbucksa na klasykę literatury pod pachą. I wiecie co? Chciałabym, by ktoś kiedyś odkładał grosze do skarbonki, by móc wyjść z księgarni z moim nazwiskiem zdjętym z półki.

Jak to zrobić? Pisać, pisać, pisać!



Założyłam bloga, więc teraz jestem sławna. 

Nie, to tak nie działa. 

Nie ma żadnego magicznego przepisu na rozpoznawalność i gorące statystyki wyświetleń. Mam swoje faworytki w sieci i szczerze kibicuję im w karierze wydawniczej. Wychodzę jednak z założenia, że każdy, nawet fatalny produkt da radę sprzedać, jeśli tylko będzie dobrze opakowany i popchnięty przez niewidzialną rękę marketingu. Skręca mnie ze złości, kiedy czytam książkę napisaną gorzej niż moje najgorsze opowiadanie z gimnazjum. Przykład – 50 twarzy Greya. Serio, zupełnie jakbym czytała swoje wypociny, kiedy miałam jeszcze mleko pod nosem (może nie pisałam wtedy o seksie, ale podobnym topornym językiem). Lubię wybierać dobre dzieła. Selekcjonować.

Dlatego doceniam Twój trud, jeśli czytasz mnie, kiedy jestem przeciętna. Wiedz, że nie zapomnę o Tobie, kiedy będę najlepsza. ;)

Dosyć żartów, czas na konkrety. Co roku piszę swoje najlepsze opowiadanie. A potem rozsyłam je na wszystkie konkursy literackie, których ogłoszenia znajdę w sieci. i czekam na wiadomość o wygranej. Wiem, że jeszcze nie wygram. Nie piszę dla nagrody ani zysku - piszę, bo chcę pisać coraz lepiej. Widzę progres. Może wygram za kilkanaście lat, ale i tak będę młodsza niż J. K. Rowling, kiedy opublikowała Harry'ego Pottera. 

Nie czekam na sukces. Tworzę sukces.

Talent to ledwie 30% - pozostałe 70 daje ciężka praca. Zawsze. Tak podobno napisała Katarzyna Bonda w swoim poradniku dla literackich amatorów Maszyna do pisania, bowiem Pisarz tylko wtedy jest pisarzem, kiedy pisze. I pewnie przeczytałabym ją, gdyby nie to, że nie cierpię takich książek. ;)


PS. Możesz śmiać się z moich wielkich marzeń. Ja śmieję się z tych, którzy nie spełniają swoich, choć są dużo mniejsze.

środa, 7 stycznia 2015

Jak skutecznie przygotować się do sesji?

Witajcie!
Jeszcze wczoraj spacerowałam oszronioną starówką z kubkiem grzanego wina, ciesząc się świątecznymi chwilami z bliskimi, a dziś już wkładam na siebie wytarty dres i szoruję podłogi.  Wyznaczyłam sobie cele na 2015, ale wciąż gonię czas, by móc je zrealizować. Prawdopodobnie zapomnieliście już dawno o wszystkich swoich noworocznych postanowieniach (o tym, jak ich nie dotrzymać, pisałam tutaj). Wróciła codzienność, a wraz z nią rutyna i choćbyśmy nie wiem jak bardzo celebrowali powitanie nowego roku, trąbili o czystej, pustej kartce, na której od nowa możemy zapisać swoją przyszłość, żegnając za sobą stare życie, przed nami wciąż ogrom starych obowiązków, z którymi musimy się zmierzyć. 

Styczeń upływa mi pod znakiem pracy i choć minął dopiero tydzień, już mam wrażenie, że nie zdążę nadrobić wszystkich zaległości. Na półce kurzą się gwiazdkowe prezenty - książki, od których najpierw nie mogłam się oderwać, a gdy zjadłam już całego makowca, zabrakło mi na nie czasu. Na biurku piętrzy się sterta dokumentów do przejrzenia i uporządkowania, w kącie straszy karton z rzeczami "później się tym zajmę". Nie chcę też zaniedbać bloga. Przede mną sesja: maraton egzaminów i zaliczeń, stos podręczników, z których muszę zrobić notatki i projekty do dokończenia z goniącymi deadline'ami. 

Nauka nigdy nie sprawiała mi trudności, pod warunkiem, że uczyłam się tego, co mnie interesuje lub z czegoś kompletnie bzdurnego i bezsensownego potrafiłam uczynić zagadnienie niezwykle fascynujące. :-) Każdy ma swój sposób na naukę - dzielimy się na wzrokowców, słuchowców i kinestetyków, a więc nie ma uniwersalnego procesu wklepywania informacji do głowy tak, by już z niej nie wyleciały (przynajmniej do testu). Jeśli jednak ogrom pracy przed nadchodzącą sesją Cię przeraża, a przed każdym egzaminem zarywasz noc i nadal masz wrażenie, że nic nie umiesz, wypróbuj kilka moich wskazówek, które pomagają mi na co dzień uporać się z opasłymi tomiskami. 



Zrób plan działania.

Okej, wiem, że tego nie lubisz, uważasz za bezsens i niepotrzebną stratę czasu. Też tak myślałam, póki sama nie zaczęłam planować, rozpisywać sobie zadań w punktach, grupując je w kategorie. Uwierz, to naprawdę pomaga i przyspiesza pracę, zamiast ją opóźniać. Kiedy byłam mała i musiałam na coś czekać, czego strasznie nie lubiłam, bo ciągle się nudziłam, mama kazała mi np. policzyć do stu. Ale ja nie liczyłam do stu. Wydawało mi się to ogromną liczbą - to musi trwać strasznie długo, żeby dojść w końcu do 100. Liczyłam do... 10, dziesięć razy. Osiągnęłam ten sam efekt, zajęło mi to tyle samo czasu, ale mi wydawało się, że trwało to zdecydowanie krócej i liczyło się znacznie przyjemniej. Teraz przed nauką przeglądam notatki, zapisuję plan pracy - dzienny, tygodniowy i po pierwsze, mam pewność, że o niczym nie zapomnę, a po drugie - wiem, co mnie czeka i że na pewno zdążę, jeśli tylko będę po kolei odhaczać zadania z kartki. 

Uporządkuj notatki.

Wyciągam zeszyt z pogiętymi rogami, plamą po kawie na okładce i zabazgranymi chaotycznie marginesami i wiecie co? Po prostu mi się nie chce. Mam wrażenie, że niczego się nie nauczę, bo nie zrozumiem żadnego słowa - od tego bałaganu w notatkach zaczyna mnie boleć głowa i tracę energię do nauki. W notatkach wolę mieć porządek. Większość z nich drukuję, korzystając z dobrodziejstw edytorów tekstu: wypunktowania, akapitów, pogrubionych czcionek - to dobra opcja dla tych, którzy mają nieczytelne pismo lub po prostu wolą klepać w klawiaturę niż cierpieć ból nadgarstka od machania długopisem. Jeśli jesteś wzrokowcem, weź czystą kartkę i zrób mapę myśli - rysuj obrazkowe skojarzenia, przelej swoją wizję tego, co musisz przyswoić. Staraj się po prostu nie zatonąć w morzu papierów, z którego wyłapanie potrzebnej informacji będzie graniczyło z cudem.

Użyj kolorów.

Standard. Fiszki, flamastry, zakreślacze. Wszystko, co porządkuje notatki i wyłapuje najważniejsze kwestie, dźgając jaskrawą barwą w oczy. Łatwiej zakodować to w pamięci. Przygotowując się do matury z historii, dla poszczególnych kategorii dat wybrałam różne kolory: np. daty koronacji władców zaznaczałam na zielono, daty bitew na czerwono. Dzięki temu, przyporządkowując wydarzenia do odpowiednich lat na egzaminie, wiedziałam, gdzie mniej więcej dzwoni. Polecam też schematyczne rysunki, obrazkowe skojarzenia, które upraszczają nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia. Niestety mój talent plastyczny jest zerowy, więc kiedy spróbowałam tej metody i powtarzałam notatki, nie miałam bladego pojęcia, co sobie narysowałam. :-)

Ucz się na bieżąco.

Wiem, że już za późno na tego typu "złote rady", ale powtarzanie materiału bezpośrednio po zajęciach jest znakomitym sposobem na jego utrwalenie. Z doświadczenia wiem, że najmniej lubiani prowadzący to ci, którzy dużo wymagają i na każdej lekcji przeprowadzają kartkówki z poprzedniego wykładu, ale ich przedmioty cieszą się najlepszymi statystykami zdawalności. Jesteś wkurzony, klniesz jak szewc, że znów musisz odpuścić sobie imprezę, a zamiast tego zakuwać dla gościa, który się na Ciebie uwziął, ale podziękujesz mu właśnie teraz, przed sesją, gdy okaże się, że na jego przedmiot możesz poświęcić mniej czasu, bo trochę już pamiętasz i wystarczy sobie powtórzyć. Jeśli myślisz, że i tak wszystkiego zapomnisz do sesji - cóż, trochę wiedzy uleci, ale zawsze coś zakodujesz i nie będziesz przygotowywać się od zera, pracując na kompletnie nieznanym organizmie. 

Wyłącz rozpraszacze.

Banał, ale skuteczny. Wyłącz Facebooka, wycisz telefon, nie sprawdzaj nerwowo godziny co pięć minut. To cholernie dekoncentruje i nie pozwala się skupić, drastycznie obniżając jakość przyswajanych informacji. Gdzieś obok budowy pantofelka nieświadomie ładujesz sobie do głowy śmieszne fotki koleżanek albo uśmiech kotka z tapety smartfona; po chwili czujesz się przeładowany pod lawiną bodźów i odechciewa Ci się uczyć. Jakiś czas temu zepsuł mi się komputer i kiedy zbierałam oszczędności na jego naprawę, nie korzystałam z żadnego zastępczego. Nagle... uczyłam się zdecydowanie krócej! Zauważyłam, że przy świetle ekranu laptopa potrzebuję dwa razy więcej czasu, żeby przebrnąć przez określoną partię materiału, niż kiedy nie mam dostępu do internetu. Teraz skupiam się na efektywności mojej pracy.

Nie zarywaj nocy.

Biegniesz na zajęcia, potem kawka ze znajomą, randka z chłopakiem, zjesz jakąś kolację, może przejrzysz blogi. Za oknem dawno już zrobiło się ciemno, więc... może czas się trochę pouczyć? Nie! Mózg pracuje najbardziej wydajnie w godzinach porannych, dlatego najcięższe umysłowe zadania powinnaś wykonać zaraz po przebudzeniu. W praktyce wygląda to różnie - pracujesz, studiujesz, masz obowiązki i mało czasu na seans z podręcznikiem. Wszystko jest kwestią uszeregowania priorytetów i samodyscypliny. Już w podstawóce rodzice wpoili mi bardzo przydatny nawyk - od razu po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, odrabiałam lekcje. Potem miałam czas na zabawy na podwórku z kolegami, którzy te obowiązki zostawiali sobie na wieczór. Najczęściej byli już tak zmęczeni, że następnego dnia pojawiali się w szkole bez zadania. O 2 w nocy nawet cysterna kawy nie pomoże w maksymalnym skupieniu - znacznie efektywniej i krócej będziesz się uczyć, jeśli odwrócisz kolejność swoich aktywności: najpierw się poucz, a potem obejrzyj ulubiony serial.


Życzę Wam efektywnej i przyjemnej (bo taka też może być!) nauki, zaliczonych egzaminów i dobrych ocen, ale przede wszystkim tego, żeby zdobyta wiedza utrwaliła Wam się na długo. :-)

czwartek, 1 stycznia 2015

Jak nie dotrzymać noworocznych postanowień?

Tak. Znam to doskonale. Schudnę, zacznę ćwiczyć, rzucę palenie, ograniczę alkohol. Banalne, jednowyrazowe, podstawowe. Noworoczne postanowienia, które powtarzasz co roku i co roku obiecujesz sobie, że tym razem dla odmiany je dotrzymasz. Jesteś do nich na tyle przywiązana, że znów królują na Twojej liście. Co zrobić, by w końcu pozbyć się tych zalegających na serduchu wyrzutów sumienia, że zmieniłaś je tylko w tymczasową listę to-do w pierwszym tygodniu stycznia? Nie wiem. Nigdy nie dotrzymałam swoich postanowień. Ale dzięki temu mogę wskazać błędy, jakie najczęściej popełniasz, gdy planujesz coś w sobie zmienić na początku roku.




1. Nigdzie ich nie zapisuj.

Umysł ludzki to dziwaczny mechanizm - na co dzień bombardowany lawiną informacji i zadań do przetworzenia. Nie każ mu jeszcze zapamiętywać ulotnych myśli, przed którymi chce się bronić. Jeśli bardzo trudno Ci z czegoś zrezygnować - ale jednak czujesz, że warto to zrobić, bo tak będzie dla Ciebie lepiej - jest to spowodowane przyzwyczajeniem, które zakodował Twój mózg. Wyrobiłaś w sobie nawyk, który najlepiej zniszczyć zastępując go innym. Określ jasno, co chcesz zrobić i zapisz to na kartce. Teraz. Sformułuj swoją myśl precyzyjnie. To pierwszy i najważniejszy krok.

2. Zapomnij, że je zapisałaś.

Okej, mam tę listę, ale chowam ją do notesu, którego wiecznie zapominam ze sobą zabrać albo nawet wcale go nie używam, bo korzystam z aplikacji mobilnych. Efekt? Po kilku dniach wracam do starych nawyków, bo nie czuję topora nad głową ani oczu kata monitorujących każdy mój ruch. Dobrym rozwiązaniem jest tablica motywacyjna - kolorowe zdjęcia wizualizujące cele albo kreatywnie ozdobiona lista postanowień. Ważne, aby one wprost krzyczały do Ciebie, odstraszając wszelkie pokusy. Wystarczy także inspirująca tapeta na laptopie czy smartfonie, na który spoglądasz co kwadrans. ;)

3. Zapomnij, dlaczego były dla Ciebie tak ważne.

Jeśli nie lubilibyśmy czegoś robić, nie byłoby nam tak trudno z tego zrezygnować, kiedy tak postanowimy, prawda? Lubię smak czekolady, ale postanowiłam jej po prostu nie jeść. Nie dlatego, że chcę być super-ekstra-fit, ale dlatego że po słodyczach czuję się jak zużyta skarpetka. Brakuje mi energii, nic mi się nie chce i najchętniej poszłabym spać, bo nawet kawa nie pomaga. Zanim sięgnę po kolejną tabliczkę Milki, zawsze staram się przypomnieć sobie, że dla mojego własnego zdrowia i samopoczucia lepiej będzie, gdy sobie odpuszczę. Każdy z nas ma powody, dla których układa listę swoich postanowień i to właśnie one powinny dawać nam motywacyjnego kopa, by wytrwać.

4. Nie myśl, co osiągniesz, gdy je dotrzymasz.

Wizualizacja kluczem do sukcesu. To naprawdę działa! Lubię oglądać zdjęcia tych wszystkich wysportowanych brzuchów, a potem wyobrażać sobie, że widzę taki w lustrze. W tym momencie przestają dla mnie istnieć wszystkie czekoladki świata. :-) Pomyśl, jak dziś mogłoby wyglądać Twoje życie, gdyby udało Ci się zrealizować Twoje zeszłoroczne postanowienia, a później - jak będzie wyglądać za rok, gdy w końcu to zrobisz. Marzysz o awansie? Wyobraź sobie siebie na stanowisku, o które zabiegasz i przywołuj ten obraz w głowie zawsze, kiedy zwątpisz w sens cięższej pracy. To tylko rok, czas i tak upłynie - nie pozwól, by się zmarnował. 

5. Przestań się rozwijać.

Jeśli stale się zmieniasz, poszerzasz horyzonty, doskonalisz kwalifikacje - widzisz, że jesteś lepsza, a przez to chcesz być jeszcze lepsza. Chcesz osiągnąć wszystkie swoje cele. Jeśli stoisz w miejscu - jesteś wciąż taka sama. Z tymi samymi wadami, przywarami, którymi starałaś się pozbyć i kompleksami, które odbierają Ci ochotę do działania. Stagnacja powoduje marazm i dodaje szarości życiu. Rób coś, działaj, twórz, uśmiechaj się, aż w końcu uznasz, że chcesz pójść krok dalej i dopiąć na ostatni guzik te najtrudniejsze wyzwania, które przed sobą postawiłaś. Dasz radę. Trzymam kciuki. Za siebie też. :-)

wtorek, 30 grudnia 2014

Cel na 2015 - Rozwijaj swoje pasje!

Witajcie! 

Założenie bloga było moim postanowieniem noworocznym. Od kiedy rodzice podarowali mi komputer z dostępem do internetu "za dobre wyniki w nauce" uwielbiam przeglądać ciekawe strony, na których znajdę kopalnię inspiracji i motywacyjnego kopa do życia swoimi marzeniami. Brzmi banalnie? Wiem. Subskrybuję artykuły trenerów personalnych i psychologów, ale sama nim nie jestem i choć regularnie poszerzam swoją wiedzę w tym temacie, wszelkie moje próby napisania czegoś podobnego kończą się zwykle kiczowatym pseudo-couchingiem pełnym oklepanych frazesów. A jednak pisać uwielbiam! Postaram się zatem ugryźć bloga z innej strony i pokażę Wam skrawek mojego życia - pełnego barw, kreatywnych rozwiązań i wspomnień wartych uchwycenia.

źródło: tumblr

Czas około-sylwestrowy to zwykle moment na rozliczenie się z planami i celami na mijający rok. Czas wspominania przeżytych chwil, ale także rozpamiętywania porażek. Nie muszę podsumowywać roku 2014, żeby wiedzieć, że nie był moim wymarzonym. Popełniłam wiele błędów i pozwoliłam czasowi upłynąć niczym piasek przez palce. Nie chcę skupiać się na tym, co mi się nie udało - nie napiszę zatem podsumowania roku, ale spróbuję określić nowe cele na rok 2015. Całą swoją energię włożę w to, by kolejne dwanaście miesięcy przeżyć najlepiej, jak potrafię i magiczną barierę, kiedy zmienia się ostatnia cyfra w dacie, przekroczę z pozytywnym nastawieniem! 

1. Spędzać więcej czasu z rodziną.

Na co dzień ciężko nam docenić słodkie chwile "nic nierobienia", spędzone w domowym zaciszu przy kubku gorącej herbaty w rozmowie z ukochaną osobą. Jestem osobą dość ambitną, energiczną i zabieganą, zatem - wstyd się przyznać - takie momenty leniuchowania na kanapie uznawałam za marnowanie czasu. Wolałam zajrzeć do gazety i przeczytać wiadomości. Wiedziałam, co się dzieję na świecie, ale jaki był w tym sens, skoro nie miałam się z kim podzielić wyciągniętymi przez siebie wnioskami? Od dziś zamierzam częściej obdarowywać uśmiechem bliskie mi osoby i bawić się z synem. 

2. Włożyć więcej pracy w naukę na studiach.

Mam już spore doświadczenie. Na początku roku akademickiego obiecuję sobie, że nie opuszczę żadnych zajęć. Ambitnie uczęszczam na wszystkie wykłady, aż w końcu myślę sobie: "nic się nie stanie, jak raz nie pójdę i pouczę się w bibliotece". Tydzień później dochodzę do wniosku, że skoro nie byłam na ostatnim wykładzie, nie ma sensu iść na kolejny. Aż w końcu całkiem tracę motywację, by zebrać się na uczelnię. Efekt? Zarywam kilka nocy przed sesją, by znaleźć w książkach informacje, które prowadzący podają na tacy na swoich zajęciach. Nie namawiam nikogo do chodzenia na wszystkie wykłady - czasem to po prostu nie ma sensu, kiedy wykładowca zamiast zająć się przedmiotem, regularnie opowiada o swoich wakacjach w Egipcie w stroju faraona. Na moim kierunku sprawdza się jednak skrupulatne notowanie i nauka na bieżąco. Przy takim zorganizowaniu stypendium naukowe jest w moim zasięgu, a dodatkowy grosz zawsze się przyda.

3. Zadbać o swoją kondycję fizyczną.

Od urodzenia mam mały problem z sercem i oddychaniem. Często łapią mnie duszności, brak siły na cokolwiek. Najchętniej zakopałabym się pod kołdrą z pudełkiem czekoladek i nie wyściubiała spod niej nosa, ale zwyczajnie szkoda mi życia na taki "niechcemisizm". Na brak energii najlepiej pomaga mi... spacer! W tym roku planuję się więcej ruszać, by zadbać o swoje samopoczucie i zdrowie. Przygotowałam już kilka planów treningowych, stworzyłam swoją tablicę motywacyjną i efektami z pewnością podzielę się na blogu. Planuję także wprowadzić mniej przetworzone posiłki do swojej diety i częściej gotować warzywne zupy, którymi dla odmiany się najem. :-) Nie ogarnął mnie kult "bycia fit", ale nie zamierzam dopisać do swojego życiorysu wszelkich możliwych chorób w wieku czterdziestu lat.

4. Totalna metamorfoza urodowa.

Przyznam się, że do tej pory byłam totalnym ignorantem modowo-urodowym. Na mój codzienny makijaż wystarczał tusz do rzęs i eyeliner, którym dodatkowo nie umiałam się posługiwać. Nowe ubrania kupowałam raz na dwa lata i to tak całkowicie różne, że nie dało się ich połączyć w żaden sposób. Najpopularniejszym blogerkom zawdzięczam moje całkowite kobiece oświecenie! Na przestrzeni ostatniego roku wypracowałam swój własny styl - odrzuciłam feerię barw na rzecz czarno-białej klasyki. W eleganckim, stonowanym outficie czuję się ładniejsza. Nie wydaję też fortuny na ciuchy, których nigdy nie założę, bo cała moja garderoba - choć uboga - jest tak uniwersalna, że pozwala na przygotowanie różnych kombinacji stylistycznych. W tym roku pragnę zakończyć metamorfozę mojej szafy oraz urządzić projekt denko - zużyję stare kosmetyki, a kupować będę tylko te lepsze jakościowo, ale w ograniczonych ilościach.

5. Pisać, pisać, pisać!

Pierwsze opowiadanie napisałam w w wieku 11 lat, a koleżanki i koledzy z klasy zaczytywali się w nim na przerwach. Uwielbiam wymyślać różne historie, zapisywać swoje myśli. Tworzenie pamietnika mnie relaksuje. W ramach tej pasji założyłam bloga i mam nadzieję, że nie będzie on tylko chwilowym przystankiem. Planuję także wysłać kilka swoich opowiadań na konkursy literackie - a nuż się uda? Jeśli nie spróbuję, nigdy nie dowiem się, w jakim stopniu realne jest moje naprawdę duże marzenie - wydanie własnej książki. Może kiedyś przestanie być tylko marzeniem, a stanie się celem na nowy rok?


Follow my blog with Bloglovin