wtorek, 2 czerwca 2015

WAŻNE | Zmiana adresu bloga!

Zapraszam na patibloguje.me - ruszamy z nową odsłoną bloga! Nowy wygląd, nowe możliwości, nowa domena, jeszcze lepsze teksty. 

Pozdrawiam, Pati

wtorek, 26 maja 2015

Trochę bardziej o mnie, czyli 22 pytania Liebster Award

Miło mi poinformować, że zostałam dwukrotnie nominowana do wyzwania Liebster Award - nagrody za docenienie pracy, jaką wkładam w bloga. Niezmiernie cieszę się, że podobają Wam się moje teksty i chętnie tutaj wpadacie. Z przyjemnością odpowiem na pytania, które podesłały mi dziewczyny z blogów Zza wytuszowanych rzęs oraz Sarah's notes. Mam nadzieję, że nawet w tak luźnej formie znajdziecie coś dla siebie. :)


Pytania od Iwony z bloga Zza wytuszowanych rzęs:

1. Jaką książkę ostatnio czytałaś i czy polecasz?

Niedawno w księgarniach ukazał się zbiór opowiadań Janusza Leona Wiśniewskiego Moje historie prawdziwe. To antologia wybranych historii miłosnych, które wcześniej zostały już opublikowane (i większości przeze mnie czytane!), ale nie mogłam się powstrzymać - to piękne, opasłe tomisko musiało znaleźć się na półce mojej skromnej biblioteczki. Uwielbiam styl pisania autora, przemyślany dobór słów, kipiące emocjami opisy i bardzo mądrze wplecione ciekawostki z życia. Wybaczcie tak prostą recenzję - kiedyś napiszę dłuższy tekst o pisarzu, którym staram się inspirować. ;) Niestety, częściej czytam książki naukowe z zakresu prawa karnego albo po raz milionowy tę samą bajkę na dobranoc, niż dla przyjemności. 


2. Gdybyś mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabyś...?

Piłkarzem. Mogłabym wyjść na murawę przez bramę stadionu na Anfield Road, z napisem You'll never walk alone i z tą piękną motywacją powitałyby mnie wiwatujące okrzyki tłumu kibiców z widowiskową oprawą na trybunach. A potem uściskałabym dłoń Roberta Lewandowskiego, zawodnika do którego mam dożywotni szacunek i którego podziwiam, od kiedy tylko wyjechał z Polski - nie za to, jak dobry jest, ale za to, jak wiele pracy i wysiłku włożył w to, by być tak dobry. Swoją historią dał mi jedną z największych życiowych lekcji i zawsze, kiedy mam ochotę się poddać, myślę o nim. Wiem, że to głupio brzmi, ale dzięki temu nigdy jeszcze się nie poddałam. 


3. Jaka piosenka zawsze poprawia ci nastrój?

Muzyka ma tę cudowną właściwość, że zawsze poprawia mi nastrój! :) Raczej nie słucham piosenek z radia, bo boli mnie od nich głowa i wolę utwory spokojne, bardziej melodyczne, nawet liryczne. Mam bardzo krótką listę ulubionych kawałków, które mają w sobie "to coś", ale żaden nie jest na tyle szczególny, by zasłużyć na wyróżnienie w tym pytaniu. Uwaga, ciekawostka - rapsy to moje drugie imię! ;) Jako nastolatka wsiąknęłam mocno w kulturę hip-hopową, ale jak na smutną duszę przystało, wolę rap emocjonalny, z poetyckim tekstem albo łzawą historią o złamanym sercu. 


4. Z jakiego wpisu, który ukazał się do tej pory na twoim blogu jesteś szczególnie dumna?

Nie jestem dumna z żadnego wpisu, który do tej pory się ukazał. Ale gdybym miała publikować teksty, z których jestem zadowolona, prawdopodobnie ten blog wcale by nie powstał. :) Z zainteresowaniem śledzę rubrykę z najbardziej popularnymi tekstami (w prawej kolumnie) i muszę przyznać, że rzeczywiście wpisy, które najchętniej czytacie, są chyba najlepszymi, które dotychczas się ukazały. Jeśli jesteś tu nowa/nowy - polecam na początek się z nimi zapoznać. Mówią najwięcej o mnie.


5. Ile godzin (średnio) śpisz w ciągu doby?

Jeśli nie mam żadnych planów i zobowiązań, śpię 8 godzin (zasypiam o tej samej porze i budzę się naturalnie). Do normalnego funkcjonowania wystarczy mi 6 godzin, ale nienawidzę budzików, więc nie korzystam z nich, kiedy nie muszę. Czasem potrzebuję zarwać nockę i wtedy jej nieprzespaną część rekompensuje mi spora dawka kawy, którą uwielbiam i mogłabym pić hektolitrami, gdyby nie to, że wtedy pewnie wcale nie chodziłabym do łóżka.


6. Gdybyś miała porównać się do jakiejś części garderoby, co to by było i dlaczego?

Majtki. Bo w towarzystwie wolę, kiedy mnie nie widać, ale wśród bliskich lubię się odkrywać. ;)


7. Najprzystojniejszy polski aktor to twoim zdaniem?

Nad odpowiedzią na to pytanie spędziłam najwięcej czasu. O wiele łatwiej byłoby mi wskazać aktorów zagranicznych, którzy skradli moją powierzchowną sympatię, choć wtedy lista mogłaby się nie kończyć. :) Na użytek tego pytania zrobiłam sobie mały prywatny ranking polskich aktorów i wyszło mi. Zdecydowanie Paweł Małaszyński. 


8. Twój ulubiony blog prowadzony przez mężczyznę?

BlogOjciec. Za pokazywanie dobrej strony rodzicielstwa i kompendium porad wychowawczych. Z, miłej skądinąd, konieczności, śledzę blogi parentingowe, a ze strony Kamila nie umiałabym zrezygnować. Niedawno odkryłam też blog Adriana Bysiaka. Jego tempo publikacji jest tak zabójcze, że nie nadążam wszystkiego śledzić, ale kiedy już znajdę chwilę na szybką prasówkę, zawsze umili mi wieczór ciekawymi spostrzeżeniami. 


9. Najważniejszą osobą w twoim życiu jest...?

Ja sama. Jestem potworną egoistką; mimo że każdy, kto mnie zna, twierdzi inaczej.


10. Czy spotkałaś kiedyś swojego sobowtóra?

Nie. I całe szczęście! Irytują mnie ludzie podobni do mnie. Muszę mieć jakiś syndrom narcyza, bo mogłabym wydłubać oczy komuś, kto próbuje mnie naśladować, albo komuś, kto przypadkiem dzieli ze mną zainteresowania. A potem wpadam w kompleksy, że nie jestem wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, i w ogóle och-ach. 


11. Jakie są twoje ulubione filmy (podaj min. 1, max 5)?

Incepcja, Whiplash, Fighter, Auta.



Pytania od Sary z bloga Sarah's notes:

1. Gdzie się widzisz za 10 lat?

Moim kolejnym celem (bo tak określam swoje marzenia ;)) jest zamieszkanie w Gdańsku i wieczorne spacery po piaszczystej plaży, z lekkim chłodnym wiatrem i ciepłem promieni zachodzącego słońca. Mam nadzieję stale rozwijać się zawodowo i znaleźć pracę, która mnie usatysfakcjonuje. To dwa punkty, które nazywam przystankami na drodze do swojego szczęścia. Gdyby przypadkiem zdarzyło się Wam kogoś zabić, wiecie, gdzie mnie szukać - mecenas Pati, do usług. ;)


2. Dlaczego zacząłeś prowadzić bloga?

Uwielbiam pisać. Słowo pisane towarzyszy mi od najmłodszych lat, kiedy po raz pierwszy próbowałam swoich sił w pisaniu opowiadań. Często wymyślałam różne historie miłosne i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je przelać na papier i stanę się sławną na cały świat autorką. ;) Blog to moje małe miejsce w sieci, moje skromne poletko, na którym mogę wysiać swoje myśli, uporządkować misz-masz w głowie, dzielić się emocjami z czytelnikami. Odsyłam też do tekstu Kilka prywatnych słów ode mnie dla Was.


3. Jakie jest twoje największe marzenie?

Już się spełniło.
Marzyłam o szczęśliwej rodzinie, uśmiechniętym synu i świeżo wyciskanym soku pomarańczowym do gofrów o poranku. Kiedyś wyobrażałam sobie tą piękną, spokojną codzienność - oprószoną miłością, skąpaną w cieple objęć bliskich - i chciałam móc o sobie powiedzieć "jedyne, co w życiu mi wyszło, to rodzina". Dziś żyję swoimi marzeniami i ulepszam je każdego dnia. Wierzę, że wiara w swoje marzenia oraz wytrwałość, cierpliwość i dążenie do ich realizacji może zdziałać cuda. :)


4. Co sprawiło ci największą radość w życiu?

Mam kilka takich momentów. Wszystkie wiążą się z chwilami, do których nie potrzeba żadnych pieniędzy i właśnie te wspomnienia stale przypominają mi, że szczęście można kupić, ale lepiej inwestować w wydarzenia niż przedmioty. Pierwszy raz, kiedy naprawdę uwierzyłam w to, że moje marzenia mogą się spełnić, (zarówno te malutkie jak i ogromne jak na zwykłą, szarą dziewczynę znikąd) miał miejsce na stadionie piłkarskim, gdzie udało mi się spotkać mojego ulubionego wówczas zawodnika, uścisnąć jego dłoń, wymienić kilka zdań i pstryknąć fotkę. Od tego dnia zaczęło się pasmo szczęśliwych zdarzeń, na które sama zapracowałam - bo wiedziałam, że wszystko zależy ode mnie i trzeba postawić pierwszy krok, a potem iść swoim tempem. 
Oczywiście największą radość w życiu sprawił mi moment, kiedy po raz pierwszy ujrzałam słodkie oczy mojego synka. :)


5. Gdybyś mógł na nowo przeżyć swoje życie, co byś zmienił?

Jeżeli cokolwiek zmieniłabym w swoim życiu, choćby jeden moment, dziś nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, a jestem naprawdę szczęśliwą osobą; #efektmotyla. Gdybym jednak miała kiedyś tę wiedzę o życiu co dziś, na pewno szybciej zaczęłabym iść za głosem serca i robić tylko to, co sprawia mi przyjemność. Nie bałabym się też zaprosić na randkę tych chłopaków, którzy mi się podobali, a do których potwornie bałam się podejść i odezwać słowem. I więcej bym się uczyła, żeby zapewnić sobie lepszy start w przyszłość. 


6. Wymień 3 państwa, które koniecznie chciałbyś zobaczyć i dlaczego?

Francja, żeby zjeść croissanta na paryskiej ulicy przy finezyjnym, żeliwnym stoliku i wypić nieśpiesznie kawę z widokiem na wieżę Eiffela. 
Nowa Zelandia, dla przepięknych krajobrazów rodem z filmów, szmaragdowych zieleni trawiastych pagórków, lazurowych odcieni wód i magicznych chwil w odcięciu od cywilizacji. 
Kiedyś fascynowała mnie kultura Indii oraz Japonii, więc na pewno jeden z tych krajów postawiłabym na podium. :)
Uwielbiam podróżować i najchętniej zwiedziłabym cały świat! 


7. Czy masz kogoś, kto cię inspiruje?

Inspiruję się zawsze ludźmi lepszymi ode mnie, ale nie kopiuję ich, lecz staram się być jeszcze lepsza. ;) Od każdego staram się czerpać po kawałku, ale nigdy nie zapominam o tym, by być sobą. 


8. Jaka jest twoja ulubiona książka?

To trudne pytanie, bo właściwie jedyną książką, którą przeczytałam więcej niż raz (zdecydowanie!) jest Harry Potter. Uwielbiam tę serię, za każdym razem wzbudza we mnie silne emocje, ekscytuję się przygodami bohaterów, mimo że znam je już na pamięć, zawsze płaczę, gdy Dumbledore umiera i nie mogę wyjść z podziwu dla postaci Snape'a. J. K. Rowling uważam za genialną pisarkę. Bardzo wciągają mnie też książki Jodi Picoult i uwielbiam zręcznie napisane kryminały. 


9. W czym jesteś najlepszy?

W pieczeniu ciast, organizowaniu wyjazdów i życiu. ;)


10. Czy umiesz siebie doceniać?

Nie. Moje poczucie własnej wartości leży tak nisko jak Rów Mariański. Ale staram się nad sobą pracować, żeby móc być kiedyś dumna z osoby, którą widzę w lustrze. 


11. Czy jesteś od czegoś uzależniony, nawet od tych najdrobniejszych rzeczy?

Od słodyczy, a ściślej czekolady. Mogłabym spałaszować naraz 3 tabliczki, gdybym się nie pilnowała. Z pewnością jestem też uzależniona od kawy, bo gdy jej nie wypiję rano, w ciągu dnia mam objawy odstawienia. :)


Dziękuję Wam, drodzy czytelnicy, jeśli udało Wam się dobrnąć do końca tego długiego tekstu. Dziewczynom z blogów Zza wytuszowanych rzęs i Sarah's notes ogromnie wdzięczna jestem za nominację i zapraszam też do nich! 
A już wkrótce na moim blogu wielka metamorfoza, nowe logo i nowy adres. Śledźcie uważnie, do zobaczenia! :)

środa, 6 maja 2015

Bądź wystarczająco dobry - czyli co zyskałam dzięki projektowi "Ogarnij się na wiosnę!"?

Sesjo.
Dziękuję, że jesteś i znów zaskoczyłaś mnie jak zima kierowców.
Obiecuję, że za rok dotrzymam ubiegłoroczne postanowienie i nie zostawię wkuwania pierdyliarda paragrafów na dzień przed egzaminem.
Z poważaniem,
nalej mi kawy.

Przede mną burzliwy okres - maraton nauki do egzaminów. W tym roku postanowiłam nie zmieniać zwycięskiej taktyki i ponownie zostawić wszystko na ostatnią chwilę wraz z zapasem energetyków, który nie pozwoliłby nawet niedźwiedziowi zapaść w zimowy sen. Z tej okazji przepraszam, że ostatnio rzadko zaglądam na Wasze blogi i rzadko nadążam ze swoim. Dziś publikuję ostatni tekst przed dłuższą przerwą, lekki misz-masz przemyśleń z ubiegłych dni, a potem wracam do podręczników.

A trzeba było zostać inżynierem…



Spokój, cisza i zieleń za oknem. Poranek skąpany w wesołych promieniach słońca. Świeżo wyciskany sok pomarańczowy w fikuśnych szklankach i zapach naleśników smażonych przez narzeczonego. Smak kawy. Życie daje mi ostatnio wiele powodów do radości, choć tak naprawdę wcale się nie zmieniło. Zmieniło się moje podejście. Od niedawna każdy dzień zaczynam uśmiechem i słowem kocham. Czasem do lustra - bo zamiast zmieniać siebie na siłę, staram się zaakceptować to, jaką osobą jestem, a dopiero potem, metodą małych kroków, pracować nad wadami. Jestem szczęśliwa.

Właśnie to zyskałam dzięki mojemu małemu projektowi Ogarnij się na wiosnę!

Czy zrealizowałam plan w 100%? Nie.
Czy mi to przeszkadza? Nie. 
Jestem szczęśliwa z tym, co mam i nie zamierzam sobie walnąć patelnią w głowę tylko dlatego, że znów przypaliłam jajecznicę i jestem fatalną kucharką.

Nie muszę być idealna. Jestem wystarczająco dobrą osobą. Wystarczająco dobrą matką, żoną i studentką. Nie muszę być perfekcyjna. Jedyne, co powinnam, to być zawsze sobą. 

Nie muszę być chuda, zgrabna ani modnie ubrana. Wystarczy, że co dzień zjem pożywne śniadanie z orzechami, bo wiem, że one dają mojemu umysłowi porządnego kopa do działania. Wystarczy, że do obiadu szybko ugotuję marchewkę, a na kolację zjem pyszną sałatkę i utrzymam organizm w zdrowej kondycji. Wystarczy, że trochę pogram w piłkę z synem albo potaplam się w basenie i tym samym zaliczę niezłą porcję ruchu. Nie muszę katować się na siłowni ani mordować się truchtem wokół opustoszałych boisk. Wystarczy mi kilka ubrań, które potrafię łączyć w schludne zestawy, które tuszują mankamenty mojej figury, a zarazem podkreślają jej atuty.

Nie muszę być lepsza od innych. To naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, czy jestem dziś szczęśliwa, bo ten dzień nigdy się już nie powtórzy. 

Nie muszę robić profesjonalnych zdjęć kubkowi po herbacie lustrzanką za pieniądze, których nie mam. Wystarczy mi aparat w telefonie do uchwycenia codziennych uśmiechów i zwykły album kupiony na Allegro, żeby powklejać wspólne fotografie. To nie mój talent.

Nie muszę żyć tak, jak dziewczyny z Instagrama ani wychować dzieci tak, jak każą blogerzy parentingowi. Odstępstwa od określonego wzorca tylko rodzą frustracje, a chore dążenia do wymyślonego ideału mogą prowadzić do depresji. Po co chcesz być taka, jak inni? Bo wydaje Ci się, że jeśli schudniesz 2 kg i zrobisz brzuch jak trenerka fitness, która co dzień uśmiecha się do Ciebie w klubie, to będziesz szczęśliwa? Bo wydaje Ci się, że będziesz szczęśliwa, jeśli wydasz całą wypłatę na torebkę od Chanel albo cały asortyment z Ikei? 

Nie. Będziesz szczęśliwy, jeśli postanowisz być szczęśliwy już teraz. Jeśli zaczniesz dzień uśmiechem i znajdziesz coś, co sprawia, że się uśmiechasz. Jeśli przestaniesz oglądać się na innych, spojrzysz w lustro i powiesz sobie, że kochasz. I dla dobra tej osoby w lustrze zrobisz coś, co lubi, zamiast tego, co jest modne. I bądź sobą. Dla dobra swoich marzeń.

Tego Wam życzę. Trzymajcie się ciepło! :)


PS. Kolaż w tekście wykonałam ze zdjęć mojego autorstwa, które skutecznie przekonały mnie do tego, że nie potrafię ich robić. Ale nadal bardzo lubię! :)

piątek, 1 maja 2015

If one day speeds kills me, do not cry, because I was smiling

Popijam kawę w lokalu jednej z sieciowych kawiarni. Po prostu siedzę, patrzę i myślę; co jakiś czas spoglądam za szybę. Ulica moknie w deszczu. Zawsze uwielbiałam tę przenośnię - kaprys pogody, świat płacze. Zawsze lubiłam świat w strugach łez, domy szare od smutku. Pogoda, która czyta moją duszę. Kap, kap, kap.

Wybaczcie, że dziś tak prosto, smutno, chaotycznie i oschle. Ten wpis to moja mała, prywatna żałoba.



Poznałam go, gdy miałam 9 lat. Niewinna i słodka dziewczynka, która nagle i przypadkiem wchodzi do świata brudnych mężczyzn i bezpruderyjnych suk. Podpatrywałam zakazany owoc jak zza szyby i uczyłam się czytać swoje emocje. Chciałam tego. Pociągały mnie szybkie samochody, adrenalina dudniąca w żyłach i brak zobowiązań. Od dnia, w którym go poznałam, nic nigdy nie było już takie samo, choć nie było w nim nic szczególnego. Sprawiał, że zawsze chciałam więcej.

*

Chyba najpierw zakochałam się w jego trampkach. Zwykłych, czarnych z białym czubkiem, które potem rokrocznie kupowałam na osiedlowym bazarku za 20 zeta i nosiłam do wszystkiego. Nawet do skórzanej ramoneski ze złotymi zamkami, zanim jeszcze blogerki modowe zaczęły łamać style w swoich setach i zanim w ogóle dowiedziałam się, że to jest ramoneska. Płakałam potem za tymi trampkami, gdy wrócił do policji i zamienił je na mundur. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ze kiedyś schowam swoje do szafy, a na co dzień wkładać będę sukienkę i szpilki. Wtedy byłam jeszcze głupią małolatą.

Miał krótko ostrzyżone blond włosy i najbardziej seksowny typ dwudniowego zarostu na idealnie męskiej twarzy. Sztyletował zimnym, błękitnym spojrzeniem z iskierkami pasji. Był pierwszym facetem, którego pragnęłam pocałować i jednym z wielu, których nie mogłam. Typ złego chłopca, pociągający tajemniczą osobowością, nonszalancją i tym czymś - co się czuje, a co nie ma słów.

Nauczyłam się od niego sposobu chodzenia. Kręciłam biodrami na lekko ugiętych nogach, falując barkami na prawo i lewo. Przyjęłam męski styl stawiania kroków i odnalazłam siebie we wcieleniu chłopczycy. Od tego wszystko się zaczęło. Całe moje życie. Wtedy pierwszy raz nauczyłam się być sobą i słuchać serca.

Czekałam na niego kilka lat, a potem to już nie było to samo. Przestało mi zależeć. Może dorosłam? A może spowszedniało mi życie, za bardzo wciągnęłam się w rutynę i przestałam doceniać to, czego najbardziej brakuje nam dopiero, gdy to stracimy. Wracałam do niego z sentymentu, trochę z przyzwyczajenia, a trochę też przez te trampki. Ale dopiero teraz, kiedy już go nie ma i kiedy dałam sobie czas dla wspomnień, zrozumiałam, ile dla mnie znaczył i jak wiele zmienił.

*

Jestem świeżo po seansie Szybkich i wściekłych 7 i próbuję zebrać te myśli do kupy. To pierwszy dorosły film, który obejrzałam, a Paul Walker był pierwszym aktorem, w którym się zakochałam. Chociaż tak naprawdę chodziło o Briana O'Connera - bohatera, w którego się wcielił. Wiem, zwykły film, ale wiecie - pierwszych razów nigdy się nie zapomina. Paul Walker zginał na torze 30 listopada 2013 roku i do tej pory myślałam, że mnie to nie obchodzi. No bo przecież ludzie umierają każdego dnia, a on nie był wcale szczególny oprócz tego, ze zagrał w jakimś filmie, co zgarnia miliony za oceanem, a potem spłonął żywcem. Ale to nieprawda. Mam ochotę płakać jak ta ulica.

Fast & Furious to moja przygoda, która trwa, odkąd skończyłam 9 lat. Całe 13 lat fascynacji szybkimi furami zbudowało osobę, jaką byłam. Najpierw byli szybcy, potem trochę bardziej wściekli, aż w końcu stali się spektakularni i widowiskowi. Przeskakiwali autem z jednego wieżowca w Abu Zabi na drugi, rozbijając przy tym kilka szyb i żadnej głowy. Dali mi napięcie, piękny show i świetny efekt finalny. I potwierdzenie mojej teorii, że ilość bielizny na aktorkach maleje wraz z upływem lat. 

Udało mi się zakończyć tę przygodę tak, jak tego pragnęłam - samotnie, w kinowym fotelu, z czasem na kawę i spisanie ulotnych myśli po seansie. Nie wiedziałam tylko, że tak mnie to zaboli. Nie wiedziałam, że zanim zdążę wyciągnąć z torebki długopis, zaplamię notes kroplami łez kapiącymi gdzieś mimochodem z moich smutnych oczu. Nie wiedziałam, że ta tęsknota siedzi gdzieś głęboko we mnie. Ale od zawsze wiem, że zrozumienie przychodzi za późno.

Uwielbiałam to. Byłam częścią tego świata całą swoją młodość - od kiedy w telewizji zobaczyłam Briana O'Connera i wsunęłam na stopy czarno-białe trampki. Zawsze chciałam być bardziej chłopcem niż dziewczynką i zawsze przyjaźniłam się tylko z chłopakami. Potem piłam z nimi wódkę i gadałam o rzutach wolnych Pirlo do późnej nocy, zamiast malować paznokcie na piżama party. Lubiłam krztusić się adrenaliną i biec na krawędzi ryzyka. Urządzałam moje prywatne nielegalne wyścigi w swoim sercu - robiłam rzeczy, o których nie mogłam powiedzieć mamie i których teraz trochę się wstydzę. Ale nienawidziłam przegrywać. I odeszłam z tego świata jako najlepsza. 

Czasem tęsknię. Bardzo często. Brakuje mi tego. Czuję się uwięziona w swoim wcieleniu i jedyne czego pragnę, to usiąść za kółkiem i wjechać w jakąś boczną uliczkę, zacząć od nowa życie bez zmartwień i odpowiedzialności. Rzucić kilka przekleństw od niechcenia i splunąć pod trampki. Być tą złą dziewczyną jeszcze raz.

*

Dopijam kawę i pakuję notes. Dziś mam na sobie białe sneackersy - stać mnie już na oryginalne najki i za dużo blogerek modowych oglądam. Wracam do domu, pachnącego ciastem drożdżowym i ciepłym mlekiem, które rozlał mój syn, bo niechcący szturchnął szklankę, ucząc się stawiać pierwsze kroki. Mam rodzinę. Kogoś, o kogo dbam i na kogo zawsze mogę liczyć. To, co najważniejsze. Bo nawet jeśli pociągają cię szybkie samochody i piękne dziewczyny, nawet jeśli tęsknisz za tym światem, jest coś o wiele bardziej wartościowego. Miejsce, do którego należy Twoje serce. Na zawsze. 

I czasem wyciągam z szafy te trampki, ale zawsze już będę wracać do szpilek. Bo najważniejsza jest rodzina.

*

PS. Nie wiem, jakim człowiekiem był Paul Walker, ale każda śmierć porusza. A taka szczególnie. Samochód, którym jechał aktor, stanął w płomieniach, po tym jak uderzył w drzewo wskutek nadmiernej prędkości. Walker kolekcjonował auta i był pasjonatem wyścigów. Umarł lubiąc to, co lubi. I nie przesadzę, jeśli powiem, że życzę sobie takiej śmierci. Nawet jutro. Jeśli tylko każdą z kolejnych 86400 sekund wycisnę jak cytrynę. Jeśli tylko wciąż będę pamiętać o tym, co kocham i nie przestanę gonić marzeń. 

Bo jaki jest sens żyć, jeśli naprawdę nie żyjesz? 

czwartek, 23 kwietnia 2015

O mężczyznach, których całowałam i o tych, którzy chcieliby całować mnie

Zapytałeś mnie, czy go kocham. Uniosłam wzrok znad kieliszka wina, który zamówiłeś dla mnie w eleganckiej restauracji i złapałam Twoje pytające spojrzenie. Chyba dostrzegłam w nich nadzieję. Albo pewność. Myślałeś, że znasz już odpowiedź. A ja zawahałam się, bo mimochodem zadałeś pytanie, na które sama szukam wyjaśnienia: czym jest miłość?

Na chwilę odwróciłam wzrok i nerwowo zastukałam paznokciem w wypolerowane szkło. A potem powiedziałam po prostu: nie wiem. W moim głosie rozgościła się szczerość, powaga i ledwo zauważalne zwątpienie. W dwóch słowach skupiłam wszystkie swoje wątpliwości. 



Pierwszego pocałunku nie pamiętam. Nie to, że byłam pijana - po prostu wyparłam ze swojej świadomości największy błąd mojego życia. Wyrzuciłam z pamięci chłopaka, z którym byłam dlatego, że czułam się samotna zamiast zakochana. Znacie to. Chyba każda dziewczyna przez to przechodzi, a już na pewno każda potem żałuje. 

Potem całowałam jeszcze dwóch. Jeden został na dłużej, drugi tylko przemknął przez chwilę. Zapamiętałam dokładnie smak ich ust. Oba miały w sobie gorycz poniżenia - z jednym chciałam być, mimo że on mnie nie chciał, a z drugim robiłam rzeczy, których sama nie chciałam.

I mogłabym napisać teraz, że to wszystko przez miłość, ale chyba nie. Chyba raczej chodzi o drzazgę, która zostaje w sercu po pierwszym rozstaniu. 

*

Ktoś mnie kiedyś mocno zranił. Byliśmy klasycznym przypadkiem Pięknej i bestii, tylko że to ja byłam bestią i inaczej niż w bajce - nie połączyła nas wielka miłość. A przynajmniej - nieodwzajemniona. Ale jeśli spytacie mnie, jak kochać i nazwać to uczucie, otworzę swoje wspomnienia i pokażę, jak można stać się dobrym człowiekiem dla uśmiechu drugiej osoby. 

Zostaliśmy przyjaciółmi. Najlepszymi. Było super. Ale ja już do końca chodziłam z tą drzazgą wbitą w serce. Z raną, która otwierała się na nowo za każdym razem, gdy siedziałam obok niego i wiedziałam, że nigdy nie poznam smaku jego ust. 

Więc zaczęłam całować innych facetów. I udawałam, że nadal jest super. 

Udawałam, że jestem osobą, jaką nigdy nie byłam. Stałam się pustym wrakiem, bez uczuć, z lodowatym sercem i brakiem godności. Wtedy myślałam, że jeśli z nikim nie sypiam, to nie jestem szmatą, ale wiecie co? To nieprawda. Byłam dziwką. Upijałam się na imprezach i pozwalałam obmacywać swoją pupę przypadkowym typom. Lubiłam to. Wkładałam bluzki z dekoltem po pas i z dumą obserwowałam śliniące się spojrzenia. Łechtało to moje ego. Czułam się gwiazdą. To była moja terapia w stylu: hej spójrz, jest tylu gości, którzy daliby się pokroić, żeby mieć cię w łóżku, więc olej tego jednego, który nie chce

Jest tylko jeden mały haczyk. Oni chcieli mieć w łóżku osobę, jaką udawałam, a nie tą, którą naprawdę byłam. 

*

Zamawiasz więcej wina i pytasz, czy kocham mężczyznę, za którego wkrótce wyjdę za mąż. Myślisz, że zaprzeczę, a potem pójdziemy do Ciebie. Myślisz, że skoro wkurzam się za stertę naczyń, którą wiecznie muszę zmywać i śmieję się z jego chudziutkich, krzywych nóg, to mam ochotę go zostawić albo chociaż zdradzić. Myślisz, że mogę mieć każdego, a marnuję życie z takim przeciętnym prostakiem. Ja też tak kiedyś myślałam. I wiesz co? Gówno prawda.

Nie znasz mnie. Widzisz tylko moje cycki, które ukrywam pod stanikiem push-up, o jeden rozmiar za małym, żeby je bardziej wypychał spod bluzki. Masz ochotę klepnąć mój tyłek, który celowo podkreślam w mocno opinających legginsach. Nie wiesz, że mam cellulit, blizny na twarzy i kilka rozstępów na brzuchu. Myślisz, że jestem perfekcyjna. Tak, właśnie taką osobę udawałam. Właśnie taką chcę, żebyś mnie widział. 

Ale to nie jestem ja. Gdzieś po drodze zgubiłam siebie i ukryłam tę prawdziwą cząstkę w ciasnej skorupie. Na co dzień żongluję maskami i gram panią perfekcyjną. Ale jest jedna osoba, tylko jedna na całym świecie, która mnie zna od podszewki. Której uśmiech wita mnie po przebudzeniu, choć nie nałożyłam makijażu i która całuje moją skórę nawet w miejscu, gdzie jest pomarszczona. 

Nie pytaj, czy go kocham i czy zamiast z nim, spędziłabym noc z tym panem ze stolika obok, co wygląda jak Adam Levine i który właśnie puścił do mnie oczko. Jedną nocą zniszczyłabym całe swoje życie. I nie skłamię. Dalej mam tę drzazgę, ale nie chcę już całować innych mężczyzn. 

czwartek, 16 kwietnia 2015

15 zasad mojego nowego życia

Mogłabym powiedzieć teraz milion rzeczy, które powtarzałam już po wielokroć, ale nie widzę w tym sensu, bo nie potrafię słuchać nawet sama siebie. Obiecałam sobie pisać każdego wieczoru, z kubkiem ciepłej kawy w ręku - ze świeżo zmielonych ziaren i na mleku sojowym. Jakość nad ilość. Tylko kilka słów, które płyną pod palcami. A potem zadaję to pytanie, które wszystko zmienia, wszystko obraca w nicość i odbiera barwę, przywraca szarość nijakim dniom - po co mi to? Bezwiednie marnuję czas, który ucieka bezpowrotnie, przewracam kartki kalendarza i żegnam daty, które nigdy już nie wrócą i wolę nie robić nic, niż robić coś, w czym nie widzę sensu.

Szerzej pisałam o tym w tekście Kilka prywatnych słów ode mnie dla Was.

Za oknem wiosna, trwa mój mały kwietniowy projekt. Jest dobrze. Pierwszy raz od dawna czuję się szczęśliwa, nawet kiedy wita mnie ulewa i poszarzałe niebo. Czuję w sobie siłę i myślę, że dam radę. Piszę trochę mniej, bo próbuję zwolnić, ale chyba nie chcę przestać. Daję sobie chwilę odpoczynku, gdy tego potrzebuję. I zastanawiam się, jak to jest, że kiedyś byłam tak energetyczną osobą, pełną wewnętrznego spokoju, uśmiechu i zarażającego optymizmu, a teraz wszystko to przychodzi mi z tak niezwykłym trudem, jakbym co dzień wtaczała pod górę głaz, który jak na złość tylko się z niej zsuwa. Nawet kiedy próbuję mówić o czymś pięknym, wplatam w te słowa smutek.



Zapomniałam kochać życie. Zapomniałam doceniać każdą sekundę. Zapomniałam gonić chwile. Zapomniałam cieszyć się swoim szczęściem. Zapomniałam czerpać garściami z marzeń. Zapomniałam biec, podnosić się, wspierać bliskich. Zapomniałam być sobą. Zapomniałam być osobą, jaką byłam. Zapomniałam być jeszcze lepsza. Zapomniałam być najlepszą wersją siebie. A przede wszystkim - zapomniałam, że najważniejsza jest praca, jaką wkładasz we wszystko, co robisz. 

Zapomniałam, że jesteśmy tu na chwilę. I że kiedyś wydawałam trzy dychy na bilet do Gdańska co tydzień. Bo nic innego się nie liczy.

Próbuję dziś zacząć wszystko od nowa, ale wiesz, że jest ciężej. Tylko że jestem już innym człowiekiem niż dawniej, inaczej patrzę na świat, a kilkuletnie doświadczenie upragnionych wzlotów i bolesnych upadków dało mi szerszą perspektywę. Widzę więcej, wiem więcej. Zadaję więcej pytań i częściej wątpię. Nie boję się odpowiadać inaczej niż inni. Świadomie wybrałam własną ścieżkę i nigdy już z niej nie zboczę. Podążam w swoim kierunku. Moja osobowość ewoluuje z każdą myślą. I wydaje mi się, że jestem już o krok od sprzedania całego dobytku i wyruszenia do Australii. W niczym innym nie widzę sensu.


*

Historię mojego upadku opiszę Wam kiedy indziej. Dziś znów chcę wstać i pójść dalej. Z tej okazji publikuję 15 zasad, które spisałam pewnego bardzo smutnego i bardzo samotnego wieczoru, a którymi obiecałam się kierować w życiu. Kiedyś były dla mnie abstrakcją - dziś są codziennością. Życzę Wam tego samego - abyście zawsze, bez względu na wszystko, spełniali marzenia, swoje własne. Miłego dnia, Kochani! :)


15 zasad mojego nowego życia
  1. Nigdy nie przestawaj realizować marzeń, nawet jeśli wymagają więcej wysiłku, niż obecnie masz siły.
  2. Bądź zawsze sobą i nie zmieniaj swoich poglądów, planów ani marzeń pod wpływem otoczenia.
  3. Myśl pozytywnie i działaj na 100% możliwości, bo wszystko zależy od Ciebie.
  4. Bądź wierna wyznawanym wartościom i ideałom, pomimo zła na świecie.
  5. Kochaj.
  6. Nie marnuj nerwów na niewartościowych ludzi; odetnij się od toksycznych relacji.
  7. Pokaż światu, że myli się, spisując Cię na straty. Rób to, co lubisz i rób to tak dobrze, jak umiesz.
  8. Walcz o miłość, nawet jeśli ryzyko przegranej jest większe niż szansa na wygraną.
  9. Bądź dobrą osobą i nigdy nie łam zasad, które inni uważają za bezsensowne; żyj w zgodzie ze sobą, nie podążaj ślepo za tłumem. 
  10. Szukaj szczęścia.
  11. Nigdy nie bój się upadać, ale zawsze miej w sobie dość siły, by się podnieść.
  12. Zapomnij o dawnych porażkach.
  13. Pamiętaj o tym, co prowadziło do dawnych zwycięstw.
  14. Żyj chwilą obecną, tu i teraz, w spokoju i w zgodzie z naturalnym tempem.
  15. Uwierz w swoją wartość i co dzień udowadniaj sobie, że zasługujesz na najlepsze.

Moje ulubione to numer 1, 8 i 11. A Wy, znaleźliście coś dla siebie? :)


PS. A ten tekst potraktujcie jak swego rodzaju podsumowanie. Zamknięcie nieudanych rozdziałów i przygotowanie pióra, by zacząć pisać życie od nowa.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozmowa bardzo osobista

Nie wiem, kim jesteś ani w jaki sposób się do Ciebie zwracać. Rzadko o coś proszę, czasami dziękuję. Umiem tylko pytać o to, na co nikt nie potrafi odpowiedzieć. Mogłabym napisać elaborat o momentach, w których Cię poznałam w moim życiu. O chwilach, w których mi pomogłeś. O tym, że zawdzięczam Ci to, że jestem i kim jestem. Ale wiesz o mnie wszystko i wiedziałeś, że znów przyjdę prosić, choć przez moment zapomniałam, by samej więcej dawać.

Znów łudzę się, że to tylko moment napięcia - werbel odmierzający bicie mojego przestraszonego serca. Twoja lekcja. Twoja próba. Jak w tych wszystkich bzdurnych chwilach, których dziś nawet nie pamiętam. Wracam znów do Ciebie. Zawsze przychodzę zaproszona, nigdy nie wpadam na herbatkę bez zapowiedzi, pogadać. Tak po prostu - o tym, co u mnie i jak pachną żonkile na stole w kuchni. Muszę mieć powód - znów mi go dałeś.

Proszę, powiedz mi, że to nie koniec. Że tylko droczysz się ze mną, stęskniłeś się i chciałeś znów zobaczyć mnie u siebie. Tak rzadko bywam, wiem - czasem nie chce mi się Ciebie szukać, choć wiem, że jesteś wszędzie i wiem, że choć mogę się mylić, trochę też mam racji. Wiem, że to Twój sposób na rozmowę, ale czasem chciałabym usłyszeć słowa zamiast widzieć gesty, których nie rozumiem w porę.

*

Dzięki, że czasem wpadasz; splatasz wątki w wymyślne kompozycje chwil jednej układanki. Lubię to. Żyję tym. Delektuję się smakiem lekcji, które wyciągam po spotkaniu z Tobą tutaj. Bez tego nie byłabym sobą. Bez świadomości Twojej obecności. Lubię mówić z Tobą. Lubię mówić o Tobie. I cholernie wdzięczna jestem za to, że potrafisz złapać mnie za fraki dokładnie w chwili, gdy stoję na krawędzi i planuję rzucić się w przepaść. I że czasem stawiasz mnie nad tą przepaścią - pewny, że sobie poradzę. To jest całkiem spoko. Lubię wyzwania. Wiesz o tym doskonale.

Chcę powiedzieć: DZIĘKUJĘ, ale nie wiem, jak jedno proste słowo mogłoby oddać całą moją wdzięczność za wszystko, co robisz.

Przepraszam, że nie potrafię mówić do Ciebie po imieniu, ale naprawdę staram się słuchać. Czuję Twoją obecność przy mnie nawet, gdy smaruję masłem chleb. Byłeś ze mną od początku, dałeś mi mnie i jak troskliwy rodzic uczyłeś upadać. Znam doskonale każdy Twój ruch i na bieżąco odrabiam lekcje. Nie wiem, czy przyznasz mi rację, ale wydaje mi się, że nie ma błędnych odpowiedzi. Jeśli jesteś Miłością, to Kocham Cię nieskończenie. Zawsze starałam się być dobrym człowiekiem.

Nie proszę o nic więcej. Wszystko już mam.



I wrócę podziękować - obiecuję.

wtorek, 31 marca 2015

Ogarnij się na wiosnę! - mój pierwszy, mały projekt

Dzień dobry. Kocham wiosnę. 



Rozpoczynając pracę nad blogiem, nie do końca wiedziałam, w którą stronę będzie ewoluował. Dziś, po kilku miesiącach blogowania, mam już pewną koncepcję, jakie treści chciałabym na nim publikować. Tak jak pisałam w tym poście, uwielbiam bawić się słowem i wyrażać w nim emocje, które krzyczą we mnie. Czuję jednak lekki niedosyt, skupiając się tylko na szortach w formie dziennika. Fajnie jest mieć swoje miejsce w sieci, stylizować je na prywatny zakątek i zapraszać gości, by podglądali twoje życie, inspirowali się bądź udzielali porad. Mój blog to ja. Dlatego też postanowiłam, że stanie się on również platformą pomocną mi w samorozwoju, uporządkowaniu przestrzeni wokół mnie i narzędziem organizacji czasu. Nie jestem typową blogerką lajfstajlową - moja twórczość chyba na zawsze pozostanie nieskategoryzowana. W najbliższym czasie planuję także zmianę wizualną szaty graficznej - w końcu w ładnie urządzonym mieszkaniu przyjemniej spędzać czas i nie wstyd gościć znajomych. :)


Wraz z nadejściem kwietnia postanowiłam skupić się na porządkach w moim życiu. Wybrałam kilka sfer, nad którymi chciałabym popracować i stopniowo wprowadzę w nich zmiany, które wpłyną na jakość mojej codzienności. Zaniedbałam trochę siebie, mieszkanie i relacje z najbliższymi na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy i lat, a wiosna to dobry moment, by poustawiać wszystko na właściwe tory. W końcu o tej porze roku wszystko budzi się do życia - obudźmy się i my! Nowy początek, świeży start. Na stoliku do kawy wdzięczą się żółte tulipany w rustykalnym dzbanku, o poranku witają mnie promienie słońca. I uśmiech! :)


1. Badania lekarskie

W ubiegłym miesiącu odwiedziłam lekarza rodzinnego i ze skierowaniem pobiegłam na podstawowe badania. Podobny przegląd zdrowotny staram się przeprowadzać raz w roku - w wieku do 35 lat zalecane są regularne kontrole przynajmniej raz na dwa lata. Na szczęście wyniki morfologii wyszły w normie, a lekarze specjaliści tylko rozwiali moje obawy. Wykonałam także analizę pierwiastkową włosa - to dość kosztowne badanie, które pozwala na wyznaczenie pierwiastków toksycznych w organizmie. Niestety, moje tendencje zdrowotne zmierzają ku osteoporozie, dlatego też wskazana jest zmiana trybu życia na bardziej aktywny i zdrowszy. :)

2. Zdrowe odżywianie

To oczywiście wyświechtany frazes, ale w tym przypadku pasuje idealnie. Zaraz po świętach wprowadzam do swojego jadłospisu zalecenia lekarskie i rozpoczynam miesięczną dietę. Niestety, żeby uporać się z wysokim poziomem cukru, muszę nie tylko zrezygnować ze słodyczy, ale też z owoców i miodu. Na talerzach królować będą warzywa w każdej postaci - od soków, po zupy i duszone specjały. Największe wyzwanie przede mną to zero kawy, od której niefortunnie jestem uzależniona. ;) W zamian otrzymam więcej snu, a więc podwójna korzyść! Aby wspomóc oczyszczanie organizmu, zamierzam pić napar z pokrzywy, bowiem wykazuje on działanie silnie antyoksydacyjne oraz zielone herbaty. Otrzymałam też plan suplementacji witaminami, a ponadto w codziennej pielęgnacji korzystać będę tylko z kosmetyków naturalnych.

3. Fitness - pierwsze kroki

Wstyd się przyznać, ale po mojej nastoletniej kondycji nie ma już śladu. Ciąża i brak aktywności fizycznej skutecznie rozleniwia i na treningi z dawnym obciążeniem nie mam już szans. Muszę przekonać się do metody małych kroczków. Próbowałam kilku ćwiczeń z Cassey Ho i... przepadłam! Wydrukowałam sobie plan dla początkujących ze strony Blogilates, udekorowałam kilkoma motywacyjnymi zdjęciami pięknych pań w skąpym bikini i nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę ćwiczyć! Zwłaszcza, że zaczęłam od zakupów i zaopatrzyłam się w wygodny sportowy stanik, różową matę i urocze hantelki. ;) Dodatkowo, codziennie rano uczę się jogi - to tylko kwadrans dla mnie, w którym mogę się wyciszyć, zrelaksować i powitać dzień z pozytywną energią.

4. Wiosenne porządki w mieszkaniu

W końcu udało mi się wcielić minimalistyczne trendy w praktyce. Pozbyłam się sentymentów, a co za tym idzie, wielu niepotrzebnych przedmiotów z domu. Nie mam skrupułów, by wyrzucić pęknięty kubek z ładnym nadrukiem, sprzedać książki, których nigdy już nie przeczytam, ani spakować do worka połowy szafy. Prawdę mówiąc, wyrzucanie sprawia mi frajdę! :) Czuję się lżejsza i spokojna wewnątrz, kiedy rozprawiam się z nieużywanymi gratami. Wykorzystałam też planer wiosennych porządków od Dobrze Zorganizowanej i powoli przywracam mieszkanie do stanu używalności. Zostało mi już kilka największych żab do zjedzenia, które odłożyłam na pierwszy tydzień kwietnia (do świąt zdążę!) i moja przestrzeń będzie lśniła czystością.

5. Wyzwania fotograficzne

Zawsze podziwiłam znajomych, którzy odnaleźli pasję w fotografii i z zazdrością zachwycałam się ich zdjęciami. Ujmowało mnie, jak wykorzystują światło, bawią się kolorami i potrafią wydobyć artyzm ze zwykłej solniczki na stole. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zgłębić techniczne tajniki posługiwania się aparatem, a jednym ze źródeł wiedzy, do których sięgnę, będzie z pewnością blog Jest Rudo - kopalnia ciekawostek i porad zarówno dla amatorów, jak i profesjonalistów. Natalia organizuje wiosenne wyzwanie fotograficzne, które może być dobrym początkiem mojej spontanicznej przygody z fotografią. Spróbuję wycisnąć jak najwięcej się da z mojego ajfona (w końcu nie tylko sprzęt decyduje o dobrym ujęciu!) i skuszę się też na wyzwanie 100 happy days, o którym z pewnością już słyszeliście.

Co poza tym?

Spełniło się moje życiowe marzenie - do Polski dotarł H&M online! Serio, ta sieciówka to moje wybawienie - nie muszę latać jak kot z pęcherzem po trzech piętrach galerii handlowej, skoro wystarczy, że wejdę do jednego sklepu i znajdę w nim wszystko, czego potrzebuję za stosunkowo niewielką kwotę. A teraz nawet nie muszę wychodzić z domu! Szykują się małe zakupy z tej okazji, ale tylko małe, bo jestem na shoppingowym odwyku. ;) Odpuścić muszę też trochę z romansidłami, które masowo wypożyczam z biblioteki, a zamiast tego popracować nad rozwojem syna. W nagrodę mam nadzieję otrzymać pierwszą w całości przespaną noc od... 1,5 roku? Zaczynamy także wspólnie czytać kolejną książkę po angielsku - takie literackie wash&go; może dorzucę też jakiś kodeks, na dobranoc, żeby szybciej usnął. 


Uff, brzmi ambitnie. Satysfakcja z realizacji wyznaczonych zadań skutecznie motywuje mnie do działania. I wiosna! Czas na spacer. I ostatnią kawę.

czwartek, 26 marca 2015

Kilka prywatnych słów ode mnie dla Was

Pierwsze opowiadanie napisałam w wieku 11 lat. Wyrwałam kartkę z zeszytu do matematyki, usiadłam przy biurku i po prostu zaczęłam pisać. Nawet nie pamiętam o czym. Zatytułowałam je Przygody Basi Mrozik, wydrukowałam na kilkunastu stronach A4 i pokazałam koleżance, a potem chciał je przeczytać każdy z mojej klasy. Były zapisy, kolejki, oczekiwanie tłumu. Pewnie do dziś zachowałam jakąś kopię, gdzieś na płycie, w jakimś miejscu, ale nawet nie wiem, czy jest sens szukać, bo, prawdę mówiąc, opowiadanie było kompletnie bez sensu. To był luty. Pewnie wymroziło mi mózg. 

Ale wiecie, wtedy, z tą kartką w kratkę i dłonią ubrudzoną granatowym tuszem, byłam sobą. Od tego opowiadania wszystko się zaczęło. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to, co robię, nazywa się pasją.




Piję teraz kawę. Czarną, mocną i gorzką. Na godzinę zaszyłam się w kącie z laptopem na kolanach i pozwalam myślom płynąć. Pobudzone kofeiną wirują w tańcu wspomnień i pragnień - gotowe, by je zapomnieć, przelane na papier. Tak tworzę. W zabałaganionym pokoju, stosem nietkniętych podręczników przed egzaminem i warzywami, których nikt nie obrał do obiadu. 

Często towarzyszą mi wyrzuty sumienia. Bo powinnam zająć się czymś konstruktywnym. Przeczytać kolejną ustawę, która nigdy mi się nie przyda albo powtórzyć słówka na angielski, które i tak zapomnę. To pisanie jest przecież takie bez sensu - te teksty giną gdzieś w formatach plików tekstowych, marnuję tylko bajty i swój czas. Powinnam bardziej przyłożyć się do pracy - za pisanie nikt mi przecież nie zapłaci. 

I czasem faktycznie ulegam. Odkładam komputer i chowam notatniki. Wypożyczam książki z biblioteki i w końcu mogę wybrać się na wieczorny spacer. Ale wtedy zewsząd czuję bodźce, chłonę inspiracje i jestem jak pióro, któremu wycieka atrament - potrzebuję kartki.


Cieszę się, że jesteś i mnie czytasz. To moje poletko, na którym wysiewam swoje myśli, hoduję emocje i do którego uciekam, gdy mi smutno. To mnie relaksuje. Kiedy piszę, czuję, że żyję, choćby nawet pewna cząstka mnie umarła, bo rzucił mnie kolejny chłopak albo życiowa miłość nawet nie zna mojego imienia. Odczuwam potrzebę pisania - splatania fikcji z moją codziennością, łączenia pamiętnika z najgłębszymi fantazjami. Nie wszystko, o czym piszę, jest prawdą, ale wszystko na prawdzie wyrosło. I odsłaniam Wam tu kawał mojego serca, mimochodem, choć zawsze będę pisać dla siebie. 

*

Lubię piękne słowa. Lubię uczyć się słów. Czasem siadam w fotelu przy oknie i szukam w słowniku zgrabnych kompozycji liter. Zapamiętuję wyrazy. A potem wplatam je w zdania, które płyną prosto z serca. Czasem błądzę po krawędziach znaczeń. Bawię się hasłami, krzyczę emocjami i mówię to, czego nie mam na myśli. Wieczorami żyję pasją. Namiastką marzeń, których nie zdążyłam wypowiedzieć na głos. Jestem sobą za kurtyną słów utkanych z inspiracji. 

Witaj, rozgość się. Zaparzę Ci kawę. 

środa, 11 marca 2015

O kobiecie, która nie była szczęśliwa

Jest 23:49. Jestem pijana. I nie wiem, od czego mogłabym zacząć. 


Jest 23:52, jestem pijana i złamałam obcas czarnej szpilki. Boli mnie głowa od alkoholu i myśli o Tobie. Boli mnie noga od wykręconej na bruku kostki. I boli mnie serce od wątpliwości.

*

Wróciłeś z pracy i odpaliłeś komputer - przeglądasz tego bloga i wiesz, że jest o Tobie. Gdzieś na biurku postawiłeś puszkę z piwem. Gdzieś w zakładkach kilka stron z treściami dla dorosłych. Masz wrażenie, że tak dobrze mnie znasz, a ja nic o Tobie nie wiem. 

Zastanawiam się, jak wyglądałabym przy Tobie. Na Tobie. Pod Tobą. Czasem nie potrafię sobie wyobrazić naszej znajomości na etapie łóżka, ale gdyby go osiągnęła, nigdy by z niego nie wyszła. Nie moglibyśmy pójść dalej. Nie mógłbyś zabierać mnie na kolacje w każdy piątkowy wieczór. Nie mógłbyś trzymać mnie za rękę, gdy mi smutno i nie byłbyś pierwszym, któremu się z tego zwierzam. 

Może nawet byłoby Cię stać na prawdziwy pierścionek z brylantem, ale nigdy nie mógłbyś go dla mnie kupić. Mam już pierścionek zaręczynowy. Za 50 zł, z katalogu, i sama go sobie wybrałam. 

*

Opowiem Ci bajkę, która nie będzie szczęśliwa; tak jak kobieta, o której mowa. Czuła się samotna nawet jako żona - u boku mężczyzny, który jej nie doceniał i nawet nie próbował zrozumieć. Poznała kogoś, kto zauroczył ją bez granic. Zawsze nienagannie ubrany, w eleganckim garniturze i uprasowanej koszuli seksownie opinającej wysportowane ciało. Bogaty przedsiębiorca z analitycznym umysłem i hojnym gestem do spełniania zachcianek wybranki. Mógłby mieć jeszcze milion innych zalet, ale wszystkie przyćmiło to, że po prostu troszczył się o nią. I to właśnie ona zdradziła. Bo odnalazła w innym to, czego jej brakowało.


I dzisiaj, pewnie jest już po północy, stoję sama na moście wpatrując się w niespokojną taflę wody pod moimi stopami. W ręku trzymam tę cholerną szpilkę, a rajstopy mam już całe podarte, ale jestem zbyt pijana, by o tym myśleć. 

Napisałam do Ciebie krótką wiadomość - jeszcze krócej pomyślałam, zanim ją wysłałam. Chciałam uciec. Chciałam Cię pocałować. Ale dzięki Bogu, byłeś dalej niż mogła dosięgnąć Cię moja głupota. 

Za chwilę wrócę do domu, wystukam te słowa na klawiaturze, a potem będę pieprzyć się z moim narzeczonym trzy razy bez opamiętania. Zupełnie jak dawniej. Zupełnie jak wtedy, gdy zaczynałam się w nim zakochiwać.

Bo pokusy są po to, aby przypominać nam, jak wiele mamy do stracenia.


... c.d.n.

piątek, 6 marca 2015

Kilka słów o czymś, co nigdy nie było miłością

Obudziłam się dziś w pustym łóżku. Z zimną pościelą i chłodem samotności w sercu. Zaparzyłam kawę z cynamonem i kardamonem, a potem zaczęłam tęsknić. 

Za nim. 

Za jego dotykiem. 

Dłonią w zagłębieniu talii pod puchową kołdrą i smakiem wina w kieliszkach, które kupił z myślą o niej.

...

Garść wspomnień i szczypta nostalgii.

...

Zostawiła na kruchym szkle odcisk palców, którego nie zmyje ciepła woda ani jego szczery żal za błędy przeszłości. Zostawiła siebie w jego sercu i zrolowane skarpetki wciśnięte w kąt pokoju. Podatek od przyjemności. 

Zafundował jej emocjonalny roller-coaster, poczęstował smakiem łez wylanych za mężczyzną i nauczył nigdy więcej nie płakać z tego powodu.

Można nie mówić o przeszłości. Milczeć, starając się zapomnieć albo udawać, że już nie pamiętasz nic. Ale to wróci, uwierz mi. Odkurzone wspomnienia i kufry pocałunków bez smaku. 

Nie umiałam wtedy dzielić wspomnień z drugą kobietą. Myślałam, że nie pamiętał już barwy jej głosu, zapachu włosów ani dotyku dłoni na nagiej skórze. Ale kiedy mówił o niej, wiedziałam, że to nieprawda. Uczyłam się wtedy nie czuć bólu.

Lubił kobiety w szpilkach zamiast stanika. Nie prosił o nic. Nie znosił pruderii. Potrafił pięknie pisać o marzeniach, których nigdy nie zechce spełnić. Zawsze mówiłam do niego: Skarbie.



Więc to jednak potrafi boleć. 

Tęsknota. Flashbacki z przeszłości. Twoje wspomnienia, w których mnie zabrakło. 

Wiesz, chyba najgorsze było między nami to, że ja wtedy byłam Twoja, ale Ty nigdy nie byłeś mój. 


Miał pachnieć bez i dzika róża. 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Codzienne odcienie szarości

Tydzień po światowej premierze dopadł i mnie. Ten głos. Musisz iść i zobaczyć. I nieważne, czy film był dobry czy zły, fabuła płytka czy zupełnie nierealna, nie chodzi nawet o poziom gry aktorskiej. Nie jestem fanką, a naprawdę chciałam obejrzeć. I chcę obejrzeć kolejne części. Z seansu wyszłam tylko z jedną myślą w głowie: Gdzie można dorwać takiego Grey'a?


Po książkę sięgnęłam stosunkowo niedawno i tylko dlatego, że miała być o seksie. Do końca udało mi się dobrnąć wyłącznie z ciekawości, bo choć miało być gorąco i perwersyjnie, nagle zrobiło się waniliowo i nudno. Jak w sypialniach miliionów kobiet, które oszalały na punkcie trylogii E.L. James. I właśnie dlatego oszalały. Myślę (a nawet jestem pewna), że jest to klucz do zrozumienia komercyjnego fenomenu tej pseudoliteratury i (nie bójmy się tego słowa) porażki kinematografii. Dziś wieczorem, popijając Somersby w jednym z tylnych rzędów sali kinowej, przypomniałam sobie o kilku luźnych przemyśleniach, które spisałam po lekturze 50 Shades of Grey (tłumaczenie zabija cały sens - przyp. aut.).


Rozumiem już, dlaczego amerykańscy strażacy odnotowali rekordową liczbę zgłoszeń pomocy kobiet przykutych kajdankami do kaloryferów we własnych sypialniach. One też chcą być spełnione seksualnie. Mają przewidywalnie nudne życie, męczący rutyną schemat dnia i dwuminutowy seks w jednej pozycji przy zgaszonym świetle. Prawdopodobnie nie wiedzą nawet, co to orgazm, a nazwy tych wszystkich przyrządów umilających zabawy BDSM poznały nocą przy blasku latarki, chowając pod kocem płonące szkarłatnym wstydem policzki. Nieznane fascynuje. One też chcą przeżyć coś takiego. Na poważnie. Która z nas nie chciałaby rozpaść się na milion kawałków po dziesięciosekundowych pieszczotach sutków? Przydałby mi się taki dopalacz rozkoszy - eksplodować wokół J. już po jednym jego pchnięciu, bo po dwóch on już kończy. Okej, śmieję się, ale dużo w tym prawdy. 

Historia osobliwej relacji Anastasii Steele i pana Grey'a wyrosła na kanwie sagi Zmierzch i relikt fun-fiction wciąż da się wyczuć w sposobie przelania fabuły na kartki papieru. Idealizacja głównego bohatera i personalizacja jego wybranki. Brzmi znajomo? Pisałam wiele takich opowiadań o miłości naiwnej, pompatycznej i zupełnie nierealnej - z seksem, po którym zarwałoby się łóżko albo sąsiedzi zaczęli walić w ścianę. A takie rzeczy przecież nie zdarzają się w normalnym świecie zwykłych śmiertelników, prawda? Seks to dwuminutowa penetracja w pozycji klasycznej. Światło klasycznie zgaszone. Okej, znów się śmieję, ale zmierzam do tego, że każda kobieta marzy o tym, by czuć się dla faceta atrakcyjna w łóżku. By mężczyzna dostrzegł jej ciało, a nie tylko jego element, dotykał skórę i całował miejsca, o których ona nawet nie zdążyła pomyśleć, że mogą być całowane. Chciałaby, by on jej pragnął. Właśnie jej. By miał wzwód na samą myśl o jej miękkich włosach z wdziękiem opadających na nagie piersi. I nade wszystko chciałaby być wyjątkowa. Może nawet pierwsza, jedyna. Bo każda kobieta odczuwa potrzebę bycia kochaną.

Mimo początkowego sceptycyzmu wobec powieści, która zamiast na sensownej fabule opiera się na wplecionych w kilka luźno zebranych w jeden ciąg scen opisów sadomasochistycznego seksu i niechęci do wątpliwego talentu autorki (a raczej niewątpliwego jego braku), przebrnęłam przez wszystkie trzy tomy sagi o zabójczo olśniewającym miliarderze Christianie Grey'u. Naprawdę wciągnęła mnie ta książka. A wiecie, dlaczego? Bo sama taką napisałam. W głowie, gdy byłam niewyżytą nastolatką w gimnazjum - a dokładnie po prostu pragnęłam miłości. Bo ta historia wcale nie ma wiele wspólnego z porno - to po prostu romantyczna opowieść o miłości szarej myszki z nieziemsko przystojnym celebrytą, w której on zdobywa ją, a ona dzierży władzę nad nim. To proste. Każda kobieta marzy o takiej miłości, a na końcu każda i tak musi sobie ją wymyślić. 

I naprawdę zaczęłam zakochiwać się w Christianie Grey'u. Snuć marzenia o tym, jakby to było, gdybym zamieniła zwykłego, szarego J., który czwarty dzień z rzędu wkłada ten sam przetarty T-shirt i codziennie zjada bułkę z pasztetową na bogatego, umięśnionego, zakochanego we mnie po uszy idealnego mężczyznę. Każda kobieta chciałaby mieć swojego Grey'a. I chyba zrobiłabym wszystko, żeby być taką, którą on zechce. Tylko że jedną rzecz o wszystkich Grey'ach tego świata nauczyłam się już w podstawówce - oni nie są wierni.

wtorek, 17 lutego 2015

Dlaczego założyłam bloga, skoro nie umiem pisać?

Bo chcę się nauczyć. Po prostu.

Ale zanim wytłumaczę, o co chodzi, powiem Wam, że nie piłam dziś kawy. Strasznie kiepsko piszę bez kawy, ale robię to dlatego, by kiedyś pisać lepiej. A najpierw czytać. Lepsze książki.

Czytaliście osławioną już Jesteś cudem R. Brett? Ja też. To była jedna z gorszych decyzji w moim życiu. Nie trawię taniego moralizatorstwa opakowanego w cukierkową wstążkę, ale ten tytuł przewijał się w niemal każdym zestawieniu wydawniczych hitów, na które natknęłam się w sieci. Nie mogłam nie wiedzieć, o czym trąbią tu i ówdzie. Myślałam, że kiedy już przebrnę przez tę katorgę, przestanę widzieć nazwisko autorki w swojej lodówce.

Ale dostałam ją pod choinkę. Shit happens

Elfy zawiodły, a Mikołaj pomylił listy – to tylko znaczy, że każdemu nadmiar obowiązków szkodzi i zaburza efektywność. ;) Niemniej – paragon zachowany, doszło do procesu wymiany z dopłatą. Zamieniłam papierowy kubek od Starbucksa na klasykę literatury pod pachą. I wiecie co? Chciałabym, by ktoś kiedyś odkładał grosze do skarbonki, by móc wyjść z księgarni z moim nazwiskiem zdjętym z półki.

Jak to zrobić? Pisać, pisać, pisać!



Założyłam bloga, więc teraz jestem sławna. 

Nie, to tak nie działa. 

Nie ma żadnego magicznego przepisu na rozpoznawalność i gorące statystyki wyświetleń. Mam swoje faworytki w sieci i szczerze kibicuję im w karierze wydawniczej. Wychodzę jednak z założenia, że każdy, nawet fatalny produkt da radę sprzedać, jeśli tylko będzie dobrze opakowany i popchnięty przez niewidzialną rękę marketingu. Skręca mnie ze złości, kiedy czytam książkę napisaną gorzej niż moje najgorsze opowiadanie z gimnazjum. Przykład – 50 twarzy Greya. Serio, zupełnie jakbym czytała swoje wypociny, kiedy miałam jeszcze mleko pod nosem (może nie pisałam wtedy o seksie, ale podobnym topornym językiem). Lubię wybierać dobre dzieła. Selekcjonować.

Dlatego doceniam Twój trud, jeśli czytasz mnie, kiedy jestem przeciętna. Wiedz, że nie zapomnę o Tobie, kiedy będę najlepsza. ;)

Dosyć żartów, czas na konkrety. Co roku piszę swoje najlepsze opowiadanie. A potem rozsyłam je na wszystkie konkursy literackie, których ogłoszenia znajdę w sieci. i czekam na wiadomość o wygranej. Wiem, że jeszcze nie wygram. Nie piszę dla nagrody ani zysku - piszę, bo chcę pisać coraz lepiej. Widzę progres. Może wygram za kilkanaście lat, ale i tak będę młodsza niż J. K. Rowling, kiedy opublikowała Harry'ego Pottera. 

Nie czekam na sukces. Tworzę sukces.

Talent to ledwie 30% - pozostałe 70 daje ciężka praca. Zawsze. Tak podobno napisała Katarzyna Bonda w swoim poradniku dla literackich amatorów Maszyna do pisania, bowiem Pisarz tylko wtedy jest pisarzem, kiedy pisze. I pewnie przeczytałabym ją, gdyby nie to, że nie cierpię takich książek. ;)


PS. Możesz śmiać się z moich wielkich marzeń. Ja śmieję się z tych, którzy nie spełniają swoich, choć są dużo mniejsze.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Grand / Lolita / Madame

Literackie popołudnie zimą.

O kobietach. I mężczyznach, bez których nie byłyby sobą.




Na okładce – elegancka kobieta w czerwonej sukni. Odwrócona plecami, tajemnicza, bezimienna. Jedna z wielu, które odwiedzają Grand Hotel w Sobocie i w pościeli wynajętych pokoi zostawiają cząstkę siebie. Niespełnione marzenia, wielkie nadzieje i miłość upchniętą w kieszeni. W luksusowych apartamentach, kobiety takie jak ta podgląda Janusz Leon Wiśniewski i opowiada ich historie z właściwą sobie swadą. Gorzkie portrety przyprószone odrobiną miłości. Strzała Amora trafia każdego – bez względu na wiek, status społeczny i pochodzenie. A potem bezwzględnie zostawia z niczym, bez skrupułów.


Mówi na nią Lolita. Ma dwanaście lat i całe życie przed sobą. Jest niewinna, frywolna, ciekawa świata. Zakochuje się w niej obcy mężczyzna w średnim wieku i powoli buduje między nimi układ, który... przeraża? odpycha? irytuje? Łatwo wydawać osądy, nic nie wiedząc – czasem znając finał, nigdy nie ruszylibyśmy w drogę. A jednak niejednoznaczność tej historii fascynuje. Okrutna pedofilia czy tylko zakazany związek? Czy jest miejsce na miłość w układance kłamstw i chorego pożądania? Kto tutaj jest ofiarą, a kto winnym? Przepięknie opakowana opowieść - bogactwo słownictwa i malownicza sceneria wyściełana paletą metafor. Klasyka.


Tajemnicza, wyniosła, chłodna. Dama z klasą, francuskim sznytem i uroczą elegancją. Inspirująca i fascynująca. Madame. Po trzydziestce. Powoli tworzymy jej portret z zapisków zakochanego w niej ucznia. Sięgamy w trudną przeszłość na tle szorstkich i brutalnych lat PRL-u. Szczypta historii i piękny bagaż kultury – głównie francuskiej. Napisana żywym, pełnym ironii i humoru, ale eleganckim językiem opowieść o zauroczeniu niedostępną kobietą. Mówi o czymś więcej niż miłości – o marzeniach, byciu sobą i nadziei, której momentami brakuje.

Nie ma dwóch bardziej szkodliwych słów niż "dobra robota"

Chciałam zwolnić. Celebrować życie. Doceniać chwile, zamiast trwonić czas na pracę. Odpuściłam sobie obowiązki, bo wiedziałam, że i tak będę dobra w tym, co robię. 

Zastawiłam na siebie największą pułapkę z możliwych.

Nie chcę być dobra w tym, co robię. Chcę być najlepsza.



Sukces nie jest prezentem od losu ani łutem szczęścia. Sukces jest efektem pracy, ogromu wysiłku, pasma wyrzeczeń i samozaparcia. Sukces jest wytworem charakteru. Szlifowany do znudzenia, rodzi się w bólach i strumieniach łez, często w obietnicach bez pokrycia. Bez gwarancji powodzenia. Stawiasz na szalę wszystko, co masz, a na końcu możesz zostać z niczym. Poświęcasz całe swoje życie, by w końcu odkryć, że je zmarnowałeś. 

Jesteś gotowy? 

Najlepsi dają 100% siebie – od początku do końca. Wtedy, gdy zaczynają się wspinać na szczyt i później, by z niego nie spaść. Najlepsi nie uczą się na błędach – ćwiczą tak dużo i tak często, by ich wcale nie popełniać. 

Sukces to kwestia wyboru. To styl życia. Rezygnacja. Sukces jest domeną wielkich – tych, którzy zamiast równać do bardziej utalentowanych, chcieli być jeszcze lepsi od nich. 

Najlepsi przekraczają granice. Czy są w ogóle jakieś granice? 


Whiplash odpowiada na pytania, które sami balibyśmy się zadać. Klimatyczna, momentami brutalna i wciągająca historia zwykłego chłopaka, który chce dołączyć do panteonu wielkich muzyków, ale gdzieś w pogoni za sukcesem powoli traci siebie. Pudełko nieoczywistych rozwiązań w pouczającej opowieści o marzeniach, karierze i sławie. Zza kulis – tam, gdzie pot miesza się z łzami i krwią. Bo droga na szczyt to nieustanna praca. Głównie nad sobą. 

Podobno do jazzu trzeba dojrzeć. Inni mówią, że jazz do zemsta na białych za niewolnictwo. ;) Wiem jedno - jeśli uważasz, że jazz jest muzyką podstarzałych nudziarzy, zobacz koniecznie. Prawdziwa sztuka. Kanonada dźwięków, które szybują w głowie - zmysłowe trąbki, rubaszny saksofon, przebojowa perkusja. Więcej niż muzyka.

czwartek, 12 lutego 2015

Co byś zrobił, gdyby zostało Ci 60 sekund życia?

5 lat temu odpowiedziałam, że zadzwoniłabym do faceta, za którym szaleję i powiedziała, że go kocham. Ale teraz codziennie budzę się obok tego faceta.

Co więc zrobiłabym dziś?

Zaczęła żałować. Że nie mówiłam mu tego częściej.



Że wściekałam się o okruchy chleba na stole, rozlany jogurt i zrolowane skarpetki wciśnięte w kąt pokoju. Że nie uprasowałam mu najlepszej koszuli na konferencję, bo akurat oglądałam serial i zjadłam ostatni kawałek ciasta, choć obiecałam mu zostawić. Że wstawałam lewą nogą i zapominałam umalować się w uśmiech. Że na spacerach byłam obok, nie przy.

W ostatniej minucie mojego życia nie mogłabym już niczego naprawić. Mogłabym tylko schować w jego dłoni moją dłoń i poczuć ciepło skóry, którego nie doceniam na co dzień. Bo mam pracę. Bo muszę więcej. Bo nie mam czasu. 

Nie zdążyłabym już skropić nadgarstków perfumami za pół pensji ani przewertować żadnej książki, na które ciułam od miesięcy. W ostatniej minucie życie nie przeleciałoby mi przed oczami, bo nie mam żadnych wspomnień. Ono przelatuje mi przez palce jak piasek każdego dnia - w którym biegnę, potykam się o trzy szminki w tych samych odcieniach i czytam pobieżnie gazetę, z której nie zapamiętam żadnego zdania. 

Jaki to wszystko ma sens? Pytam coraz częściej. 

Czasem wyobrażam sobie siebie za dziesięć lat i to pomaga mi nie przejmować się pierdołami, bo wiem, że wiele szczegółów mi umknie. Ale to te pierdoły budują codzienność. To, czy zamiast pomóc zmywać jogurt z podłogi, zaczniesz wrzeszczeć i krytykować albo czy podzielisz muffina na pół i zjecie go razem do popołudniowej herbaty. 

To, czy mówisz kocham. Nie tylko raz w roku.

W moim domu od rana pachnie czekoladą, cynamonem i pomarańczą. Ulubione smaki mojego J. serwuję na posrebrzanej tacy. Nie tonę w serduszkach, różowych balonikach w kształcie serca, nie wydaję też fortuny na wymyślną bieliznę uszytą z trzech pasków koronki. Po prostu jestem. Słucham. Daję mu to, co najcenniejsze - czas i moją obecność. Kilka czułych słów. Zrozumienie. Wsparcie. To dzień moich przemyśleń - co mogę naprawić w naszym związku? Co robię źle, gdzie popełniam błędy? Co tak naprawdę jest dla mnie ważne?

Walentynki to tylko pretekst, miły gest. Ale pamiętajmy o nich nie tylko od święta. Codzienność może się skończyć w każdej chwili.

niedziela, 11 stycznia 2015

O człowieku, któremu zawdzięczam siebie



Lubiłam grać z Nim w Memory. Kojarzysz? Odwracasz plansze z obrazkami tak, by były zakryte, a potem losujesz dwie z nich, szukając pary. Byłam najlepsza. Zawsze wygrywałam. Mam świetną pamięć i dlatego studiuję prawo, bo łatwo wchodzą mi do głowy te wszystkie paragrafy. 

Nie studiowałabym prawa, gdyby nie On. Może nawet nie studiowałabym niczego. Byłabym nikim. 

Graliśmy też w państwa-miasta, statki i wiele różnych bzdurnych zgadywanek wymyślonych na poczekaniu. Bawiliśmy się atlasem. To z nim, mimochodem, nauczyłam się stolic wszystkich krajów świata, tak jak dziecko uczy się alfabetu. Dziesięć lat później dostałam za to szóstkę z geografii u największej kosy w szkole. 

Nauczył mnie wszystkiego, co wiem. Jest dla mnie wszystkim. 

Zawiodłam go dwa razy. To były najgorsze dwa razy w moim życiu. Nigdy nie czułam się tak podle i obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię. Ale obietnice dane sobie najtrudniej dotrzymać. 

Byłam na niego zła. Cały świat mnie nie rozumie, jestem taka nieszczęśliwa, och! Wypchajcie się i dajcie mi spokój. Czasem mnie nie słuchał, ze wzrokiem wbitym w ekran telewizora, bo akurat Stoch siadał na belce i poprawiał gogle. Wściekałam się. Ale to ja nigdy nie słuchałam jego. 

Zrobiłby dla mnie wszystko. Nigdy mu za to nie podziękowałam. Nigdy nie powiedziałam, ile dla mnie znaczy. Myślałam, że to oczywiste. Trochę się wstydziłam. Nie lubię mówić o uczuciach - mam to po nim. 

I potem ta myśl. Cholerna myśl brzęcząca w głowie, jak stado os w ulu oblepionym strachem. Że mogę nie zdążyć. 

I seria pytań. Po co to wszystko? Jaki to wszystko ma sens? 

I brak odpowiedzi. 

Tego wieczoru wypłakałam w łzach chyba całą sól z organizmu. W nocy obudziło mnie kwilenie syna z pokoju obok - siedział w łóżeczku, o 2 w nocy, tarmosząc w malutkich rączkach bawełniany kocyk. Zobaczył mnie i... uśmiechnął się. W chwilach ciężkich i dusznych od smutku on jeden nie przestawał się uśmiechać. Bo o to tak naprawdę chodzi. 

Nagle cały ten pierdyliard rzeczy, które zawsze chciałam mieć, na które ciułałam grosze i odkładałam w skarpetę - mogłoby to dla mnie zniknąć i nigdy nie istnieć. Eleganckie szpilki od Louboutina, nowy iMac śmigający jak Pendolino, wszystko-robiący-malakser-perfekcyjnej-pani-domu też. Nie potrzebowałam tego wcale. Nawet nie wiedziałam, dlaczego w ogóle myślałam, że potrzebuję. 

Uśmiechnęłam się do syna. Kiedyś nauczę go liczyć, pisać i grać w państwa-miasta. Nauczę go wszystkich stolic świata i zabawy w "kto zobaczy więcej psów". Nauczę go wszystkiego, co wiem. Powiem mu, że najcenniejszy jest czas, który możemy poświęcić ludziom, ale my wolimy trwonić go na rzeczy. Nie zrozumie tego jeszcze. Bo to, na czym najbardziej nam zależy, doceniamy dopiero, gdy to stracimy


piątek, 9 stycznia 2015

DREAM BIG



Mój pierwszy raz trwał czternaście godzin. Zaczęliśmy o 3 w nocy, zmęczeni; w przerwie łyk gorącej czekolady z automatu. Było zimno. Nie zdjęłam nawet kurtki. Obok spał bezdomny, zbierał drobne do papierowego kubka. Wrzuciłam resztę miedzianych monet i nie wróciłam tam już nigdy więcej. 

Mój pierwszy raz się nie liczył. Był przypadkowy. Nawet nic nie poczułam. 

A potem nagle zdarzyło się TO. 

Zza otulonych zielonym dywanem pagórków, usianych mieniącym się w słońcu złotem zbóż łąk, zza upaćkanej paluchami szyby pociągu wyłonił się widok, który zatrzymał na chwilę mój czas. Miejsce, w którym czysta, błękitna tafla z wdziękiem stapia się z horyzontem w oddali, tworząc prostą, rozmytą linię. Ten spokój. Bezkres. Czujesz, że jesteś tu zupełnie kimś innym. Czujesz, że chce Ci się żyć, w zupełnie innym wymiarze. Oddychasz wolnością.

Odnalazłam wtedy siebie. I jak zwykle, zrozumiałam to za późno. 

O Gdańsku mogłabym napisać wiele, ale nic o nim nie wiem. Zakochałam się w tym mieście od pierwszego spaceru. Oczarował mnie swoimi malowniczymi kamienicami, uwiódł zapachem morza w jesienne popołudnie. Złościłam się na niego za stare tramwaje, które turkocą tak, jakby miały się za chwilę rozpaść, ale potem wpadłam już po uszy, kosztując wyśmienite naleśniki w Manekinie. 

Nie robiłam żadnych zdjęć. Nie czytałam książek. Po prostu żyłam. Może tylko zajrzałam na chwilę do Wiśniewskiego - po szczyptę inspiracji i ukojenia. Nie pamiętam wiele. Wtedy liczyło się tylko tu i teraz - świadome bycie. 

Nie robiłam wtedy nic ważnego, a jednak moje życie miało znacznie lepszą jakość niż teraz. Chyba tylko wtedy naprawdę żyłam. 

Mam duże marzenia. I wszystkie spełnię. A wiesz, dlaczego? Bo wcale ich tak nie nazywam. To są moje cele. Zapisuję je na kartce i po kolei odhaczam każde z nich. Od lat żyję tak, jak lubię, bo wiem, że inaczej nie warto. Bo jutro może Cię już nie być. Bo możesz nie zdążyć, a z marzeń nie pozostanie nawet wspomnienie. 

Nie widziałam Ratusza, Fontanny Neptuna ani Latarni Morskiej. Nie byłam nawet na Westerplatte. Serio, ja? Ale wtedy to nie było ważne. Nie liczyło się nic - tylko las, woda, przestrzeń, światła miasta nocą i głosy przechodniów na starówce. Tylko ja, J. i uśmiech dziecka, które w sobie nosiłam.

Byłam tam szczęśliwa. 

I dziś wiem, że chcę tam wrócić. Może za pięć lat. Ale wrócę na pewno i na stałe. Żeby żyć. Żeby móc tam umrzeć, nie żałując, że umieram. Odejść z poczuciem spełnienia. Z poczuciem, że żyłam naprawdę i nie mam już żadnych marzeń. 


Życzę Wam szczęśliwego nowego 2015. A sobie, żebym za kilka lat mogła powiedzieć to samo, popijając ciepłą latte na tarasie z widokiem na fale Bałtyku.