piątek, 6 marca 2015

Kilka słów o czymś, co nigdy nie było miłością

Obudziłam się dziś w pustym łóżku. Z zimną pościelą i chłodem samotności w sercu. Zaparzyłam kawę z cynamonem i kardamonem, a potem zaczęłam tęsknić. 

Za nim. 

Za jego dotykiem. 

Dłonią w zagłębieniu talii pod puchową kołdrą i smakiem wina w kieliszkach, które kupił z myślą o niej.

...

Garść wspomnień i szczypta nostalgii.

...

Zostawiła na kruchym szkle odcisk palców, którego nie zmyje ciepła woda ani jego szczery żal za błędy przeszłości. Zostawiła siebie w jego sercu i zrolowane skarpetki wciśnięte w kąt pokoju. Podatek od przyjemności. 

Zafundował jej emocjonalny roller-coaster, poczęstował smakiem łez wylanych za mężczyzną i nauczył nigdy więcej nie płakać z tego powodu.

Można nie mówić o przeszłości. Milczeć, starając się zapomnieć albo udawać, że już nie pamiętasz nic. Ale to wróci, uwierz mi. Odkurzone wspomnienia i kufry pocałunków bez smaku. 

Nie umiałam wtedy dzielić wspomnień z drugą kobietą. Myślałam, że nie pamiętał już barwy jej głosu, zapachu włosów ani dotyku dłoni na nagiej skórze. Ale kiedy mówił o niej, wiedziałam, że to nieprawda. Uczyłam się wtedy nie czuć bólu.

Lubił kobiety w szpilkach zamiast stanika. Nie prosił o nic. Nie znosił pruderii. Potrafił pięknie pisać o marzeniach, których nigdy nie zechce spełnić. Zawsze mówiłam do niego: Skarbie.



Więc to jednak potrafi boleć. 

Tęsknota. Flashbacki z przeszłości. Twoje wspomnienia, w których mnie zabrakło. 

Wiesz, chyba najgorsze było między nami to, że ja wtedy byłam Twoja, ale Ty nigdy nie byłeś mój. 


Miał pachnieć bez i dzika róża. 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Codzienne odcienie szarości

Tydzień po światowej premierze dopadł i mnie. Ten głos. Musisz iść i zobaczyć. I nieważne, czy film był dobry czy zły, fabuła płytka czy zupełnie nierealna, nie chodzi nawet o poziom gry aktorskiej. Nie jestem fanką, a naprawdę chciałam obejrzeć. I chcę obejrzeć kolejne części. Z seansu wyszłam tylko z jedną myślą w głowie: Gdzie można dorwać takiego Grey'a?


Po książkę sięgnęłam stosunkowo niedawno i tylko dlatego, że miała być o seksie. Do końca udało mi się dobrnąć wyłącznie z ciekawości, bo choć miało być gorąco i perwersyjnie, nagle zrobiło się waniliowo i nudno. Jak w sypialniach miliionów kobiet, które oszalały na punkcie trylogii E.L. James. I właśnie dlatego oszalały. Myślę (a nawet jestem pewna), że jest to klucz do zrozumienia komercyjnego fenomenu tej pseudoliteratury i (nie bójmy się tego słowa) porażki kinematografii. Dziś wieczorem, popijając Somersby w jednym z tylnych rzędów sali kinowej, przypomniałam sobie o kilku luźnych przemyśleniach, które spisałam po lekturze 50 Shades of Grey (tłumaczenie zabija cały sens - przyp. aut.).


Rozumiem już, dlaczego amerykańscy strażacy odnotowali rekordową liczbę zgłoszeń pomocy kobiet przykutych kajdankami do kaloryferów we własnych sypialniach. One też chcą być spełnione seksualnie. Mają przewidywalnie nudne życie, męczący rutyną schemat dnia i dwuminutowy seks w jednej pozycji przy zgaszonym świetle. Prawdopodobnie nie wiedzą nawet, co to orgazm, a nazwy tych wszystkich przyrządów umilających zabawy BDSM poznały nocą przy blasku latarki, chowając pod kocem płonące szkarłatnym wstydem policzki. Nieznane fascynuje. One też chcą przeżyć coś takiego. Na poważnie. Która z nas nie chciałaby rozpaść się na milion kawałków po dziesięciosekundowych pieszczotach sutków? Przydałby mi się taki dopalacz rozkoszy - eksplodować wokół J. już po jednym jego pchnięciu, bo po dwóch on już kończy. Okej, śmieję się, ale dużo w tym prawdy. 

Historia osobliwej relacji Anastasii Steele i pana Grey'a wyrosła na kanwie sagi Zmierzch i relikt fun-fiction wciąż da się wyczuć w sposobie przelania fabuły na kartki papieru. Idealizacja głównego bohatera i personalizacja jego wybranki. Brzmi znajomo? Pisałam wiele takich opowiadań o miłości naiwnej, pompatycznej i zupełnie nierealnej - z seksem, po którym zarwałoby się łóżko albo sąsiedzi zaczęli walić w ścianę. A takie rzeczy przecież nie zdarzają się w normalnym świecie zwykłych śmiertelników, prawda? Seks to dwuminutowa penetracja w pozycji klasycznej. Światło klasycznie zgaszone. Okej, znów się śmieję, ale zmierzam do tego, że każda kobieta marzy o tym, by czuć się dla faceta atrakcyjna w łóżku. By mężczyzna dostrzegł jej ciało, a nie tylko jego element, dotykał skórę i całował miejsca, o których ona nawet nie zdążyła pomyśleć, że mogą być całowane. Chciałaby, by on jej pragnął. Właśnie jej. By miał wzwód na samą myśl o jej miękkich włosach z wdziękiem opadających na nagie piersi. I nade wszystko chciałaby być wyjątkowa. Może nawet pierwsza, jedyna. Bo każda kobieta odczuwa potrzebę bycia kochaną.

Mimo początkowego sceptycyzmu wobec powieści, która zamiast na sensownej fabule opiera się na wplecionych w kilka luźno zebranych w jeden ciąg scen opisów sadomasochistycznego seksu i niechęci do wątpliwego talentu autorki (a raczej niewątpliwego jego braku), przebrnęłam przez wszystkie trzy tomy sagi o zabójczo olśniewającym miliarderze Christianie Grey'u. Naprawdę wciągnęła mnie ta książka. A wiecie, dlaczego? Bo sama taką napisałam. W głowie, gdy byłam niewyżytą nastolatką w gimnazjum - a dokładnie po prostu pragnęłam miłości. Bo ta historia wcale nie ma wiele wspólnego z porno - to po prostu romantyczna opowieść o miłości szarej myszki z nieziemsko przystojnym celebrytą, w której on zdobywa ją, a ona dzierży władzę nad nim. To proste. Każda kobieta marzy o takiej miłości, a na końcu każda i tak musi sobie ją wymyślić. 

I naprawdę zaczęłam zakochiwać się w Christianie Grey'u. Snuć marzenia o tym, jakby to było, gdybym zamieniła zwykłego, szarego J., który czwarty dzień z rzędu wkłada ten sam przetarty T-shirt i codziennie zjada bułkę z pasztetową na bogatego, umięśnionego, zakochanego we mnie po uszy idealnego mężczyznę. Każda kobieta chciałaby mieć swojego Grey'a. I chyba zrobiłabym wszystko, żeby być taką, którą on zechce. Tylko że jedną rzecz o wszystkich Grey'ach tego świata nauczyłam się już w podstawówce - oni nie są wierni.

wtorek, 17 lutego 2015

Dlaczego założyłam bloga, skoro nie umiem pisać?

Bo chcę się nauczyć. Po prostu.

Ale zanim wytłumaczę, o co chodzi, powiem Wam, że nie piłam dziś kawy. Strasznie kiepsko piszę bez kawy, ale robię to dlatego, by kiedyś pisać lepiej. A najpierw czytać. Lepsze książki.

Czytaliście osławioną już Jesteś cudem R. Brett? Ja też. To była jedna z gorszych decyzji w moim życiu. Nie trawię taniego moralizatorstwa opakowanego w cukierkową wstążkę, ale ten tytuł przewijał się w niemal każdym zestawieniu wydawniczych hitów, na które natknęłam się w sieci. Nie mogłam nie wiedzieć, o czym trąbią tu i ówdzie. Myślałam, że kiedy już przebrnę przez tę katorgę, przestanę widzieć nazwisko autorki w swojej lodówce.

Ale dostałam ją pod choinkę. Shit happens

Elfy zawiodły, a Mikołaj pomylił listy – to tylko znaczy, że każdemu nadmiar obowiązków szkodzi i zaburza efektywność. ;) Niemniej – paragon zachowany, doszło do procesu wymiany z dopłatą. Zamieniłam papierowy kubek od Starbucksa na klasykę literatury pod pachą. I wiecie co? Chciałabym, by ktoś kiedyś odkładał grosze do skarbonki, by móc wyjść z księgarni z moim nazwiskiem zdjętym z półki.

Jak to zrobić? Pisać, pisać, pisać!



Założyłam bloga, więc teraz jestem sławna. 

Nie, to tak nie działa. 

Nie ma żadnego magicznego przepisu na rozpoznawalność i gorące statystyki wyświetleń. Mam swoje faworytki w sieci i szczerze kibicuję im w karierze wydawniczej. Wychodzę jednak z założenia, że każdy, nawet fatalny produkt da radę sprzedać, jeśli tylko będzie dobrze opakowany i popchnięty przez niewidzialną rękę marketingu. Skręca mnie ze złości, kiedy czytam książkę napisaną gorzej niż moje najgorsze opowiadanie z gimnazjum. Przykład – 50 twarzy Greya. Serio, zupełnie jakbym czytała swoje wypociny, kiedy miałam jeszcze mleko pod nosem (może nie pisałam wtedy o seksie, ale podobnym topornym językiem). Lubię wybierać dobre dzieła. Selekcjonować.

Dlatego doceniam Twój trud, jeśli czytasz mnie, kiedy jestem przeciętna. Wiedz, że nie zapomnę o Tobie, kiedy będę najlepsza. ;)

Dosyć żartów, czas na konkrety. Co roku piszę swoje najlepsze opowiadanie. A potem rozsyłam je na wszystkie konkursy literackie, których ogłoszenia znajdę w sieci. i czekam na wiadomość o wygranej. Wiem, że jeszcze nie wygram. Nie piszę dla nagrody ani zysku - piszę, bo chcę pisać coraz lepiej. Widzę progres. Może wygram za kilkanaście lat, ale i tak będę młodsza niż J. K. Rowling, kiedy opublikowała Harry'ego Pottera. 

Nie czekam na sukces. Tworzę sukces.

Talent to ledwie 30% - pozostałe 70 daje ciężka praca. Zawsze. Tak podobno napisała Katarzyna Bonda w swoim poradniku dla literackich amatorów Maszyna do pisania, bowiem Pisarz tylko wtedy jest pisarzem, kiedy pisze. I pewnie przeczytałabym ją, gdyby nie to, że nie cierpię takich książek. ;)


PS. Możesz śmiać się z moich wielkich marzeń. Ja śmieję się z tych, którzy nie spełniają swoich, choć są dużo mniejsze.